Tomasz Górnicki: Zainspirowany samotnością miejsc

Tomasz Górnicki, rzeźbiarz, zainspirowany samotnością miejsc, w rozmowie z Katarzyną Mazur opowiada o swojej pasji i o tym, czym dla niego jest tworzenie.

Nie wywodzisz się z rodziny artystycznej, więc skąd wzięła się rzeźba w Twoim życiu?

Sztuka faktycznie nie była motywem przewodnim w moim domu, ale zawsze tliła się gdzieś za plecami. Tata zajmował się biznesem, a do sztuki w którymś momencie powrócił, odnalazł ją. Jak każde dziecko lepiłem w plastelinie, tylko w przeciwieństwie do kolegów nigdy nie przestałem. I robię to do dziś. (śmiech) Skończyłem liceum z profilem plastycznym im. Miguela de Cervantesa, później na ASP wydział rzeźby, teraz robię doktorat. Moje dzieci mają zupełnie inną relację ze sztuką niż ja. Dla nich nie tyle jest to zabawa, co codzienność. One się w tym wychowują, widzą to. Jak na przykład sportretowałem swojego synka, to potem mówił, że idzie się pobawić z dzidziusiem, czyli z samym sobą. Nie wiem, jakie to będzie miało dla niego długofalowe skutki, ale tworzenie dla żadnego z chłopców nie jest niczym niezwykłym. (śmiech)


„Fallen angel” wisząca w restauracji Warszawski Sen by Mateusz Gessler.
fot. Norbert Piwowarczyk

Jak wyglądały początki Twojej artystycznej drogi? Musiałeś imać się różnych pozaartystycznych zajęć, żeby przeżyć?

Miałem to szczęście, że nie musiałem. Od początku robię tylko to, co postawiłem sobie za cel. Wiem, że nie każdemu się taka sztuka udaje. Wielu moim dużo bardziej utalentowanym kolegom się nie powiodło.

Dlaczego zatem udało się Tobie?

To jest trochę mieszanka okoliczności, szczęścia i ciężkiej pracy. I na pracę postawię tu największy nacisk – nieważne, czy głodno, czy chłodno, trzeba robić, nieustannie robić. Oczywiście splot fortunnych zdarzeń jest taki, że mogłem liczyć na zaplecze rodziców – najlepsza inwestycja, to inwestycja w rodzinę – dzięki niej mogłem przez pierwsze lata po studiach nie przymierać głodem i mimo wielu frustracji po prostu się nie zatrzymywać. Starałem się nie iść na żadne kompromisy w swojej działalności, mimo że tysiące razy słyszałem, jak okropne rzeczy robię, jak bardzo jeden czy drugi człowiek nie chciałby mieć mojej pracy u siebie w domu, i że o matko, co to jest, a że to mroczne a to smutne! Ale jeśli jest się pewnym tego, co się robi, co chce się robić, to w którymś momencie coś zaskakuje, pojawiają się ludzie, którzy tego potrzebują, którym to się podoba. Warto na ten moment poczekać.

Starałem się nie iść na żadne kompromisy w swojej działalności, mimo że tysiące razy słyszałem, jak okropne rzeczy robię, jak bardzo jeden czy drugi człowiek nie chciałby mieć mojej pracy u siebie w domu, i że o matko, co to jest, a że to mroczne a to smutne! – mówi Tomasz Górnicki.

Patrząc na Twoją działalność od strony biznesowej – najpierw masz pomysł, realizujesz go i dopiero potem znajdują się na to odbiorcy, czy prowadzisz też działalność komercyjną, czyli klient przychodzi i mówi, czego od Ciebie chce?

Mam trzy ścieżki twórcze. Pierwsza – myślę, myślę, aż wymyślę. (śmiech) Wszystko, łącznie z tym, jak grubych śrub użyję do montażu, mam doprecyzowane w głowie. Na początku pojawia się jakieś zagadnienie, zazwyczaj z codzienności, coś, co mnie męczy, jakiś mój problem, napięcie. Przy pomocy pracy staram się to rozładowywać – zastanawiam się, jak by to było, gdybym miał zrobić rzeźbę wotywną, albo wudu, żeby się pozbyć tego tkwiącego we mnie uczucia. Wyobrażam sobie, czy to powinno być duże, czy małe, z takiego materiału, czy innego, czy ten mój problem wyrazi na przykład dziecko, czy forma abstrakcyjna? W ten sposób wymyślam całą rzeźbę, a później ją realizuję. Druga ścieżka, to ścieżka komercyjna, ale chciałbym doprecyzować, co ona dla mnie oznacza. Nie jest tak, że ktoś przychodzi, mówi, że chciałaby mieć trzymetrowego smerfa i posłuszny rzeźbiarz Tomasz Górnicki mu go robi. To tak nie wygląda.

Pomyślałem, że w poszukiwaniu odbiorcy, sam do niego wyjdę – wyjdę ze sztuką do ludzi. – mówi Tomasz Górnicki.

Jak zatem?

Podam ci przykład współpracy z Mateuszem Gesslerem. Przyszedł, pokazał, że w swojej knajpie Ćma ma puste cztery ściany – 400 mkw. – i chciałby je „zagospodarować”. Pogadaliśmy i się dogadaliśmy. Tak jest zazwyczaj – ktoś ma miejsce, ma przestrzeń, albo nie ma miejsca, ale widział moje portfolio, podobają mu się moje prace, widział jakąś moją realizację u kogoś w domu, zaprasza mnie na spotkanie, ja oglądam, patrzę, oceniam. Podoba mi się? Super – robię projekty – dwa, trzy, czasem jeden. Jeśli któryś z nich spodoba się potencjalnemu zamawiającemu, robimy to. Jeśli się nie spodoba, idziemy na kawę, uścisk dłoni, było fajnie, powodzenia. Wiele razy zdarzyło mi się odmówić, nie odpowiadało mi proponowane miejsce, coś mi w nim nie pasowało, czułem zgrzyt.

Jeśli coś mi nie gra, nie wchodzę w to i nie ma się co obrażać – ani klient na mnie, ani ja na klienta, bo nie musimy robić każdej rzeczy, którą ktoś nam proponuje. Wszystkie realizowane przeze mnie projekty są od początku do końca mojego pomysłu i bardzo rzadko się w nich naginam, jeśli już, to tylko w obszarze technologicznym czy budżetowym – na przykład chciałbym zrobić coś większego, ale mój zleceniodawca nie może sobie na to pozwolić, albo nie ma miejsca na wyobrażony przeze mnie gabaryt. Dopuszczam ustępstwa związane z architekturą, montażem i tego typu rzeczami.

Wszystkie realizowane przeze mnie projekty są od początku do końca mojego pomysłu i bardzo rzadko się w nich naginam, jeśli już, to tylko w obszarze technologicznym czy budżetowym. – mówi Tomasz Górnicki.

Opowiedz mi proszę o procesie twórczym krok po kroku

Tak jak mówiłem, to jest głównie proces intelektualny. Trzeba coś wymyślić. Nigdy nie zaczynam pracy bez doprecyzowanej myśli, wizji. Wymyślam projekt, zadaję sam sobie zagadnienie i włączam długi proces myślowy, jak to ubrać w formę, jak to zrobić przestrzennym. Na pewnym etapie pojawia się pomysł, jakiego materiału użyć. I tutaj wachlarz jest w zasadzie nieskończony, czy to kamień, czy stal, czy odlewanie z brązu – wtedy najpierw trzeba wyrzeźbić z gliny i zdjąć formę sylikonową. W pewnym momencie z tej części, nazwijmy to twórczej, wchodzimy w część technologiczną. Na tym etapie zmieniamy się w pracownika fizycznego – łachy, spawarki, gipsy, sylikony, noszenie, dźwiganie, cięcie szlifierką, obsługa wszystkich możliwych narzędzi, żeby uzyskać dany efekt. To jest ta część brudna pracy, która niejednokrotnie wymaga dużo więcej czasu i nakładu sił i środków niż samo wymyślenie.

Nigdy nie zaczynam pracy bez doprecyzowanej myśli, wizji. – mówi Tomasz Górnicki.

Masz ulubiony materiał? Taki w którym najlepiej Ci się pracuje?

Bardzo lubię stal. Lubię spawać duże rzeczy ze stali. Jest to wyzwanie fizyczne. Lubię się zmęczyć, jak pracuję, a tu są duże, ciężkie formy. Fajnie jest patrzeć, jak twardy materiał nagle w rękach staje się plastyczny. Tak samo z kamieniem. Kamień nie dopuszcza błędów, każdy ruch jest ostateczny. Standardowe pytanie, co się stanie, jak odpadnie ci nos podczas pracy? No nie masz nosa. (śmiech) Musisz pracować tak, żeby nie odpadł. Praca w kamieniu to duża odpowiedzialność, ale to bardzo wdzięczny, bliski ciału materiał. Rzeźbienie w kamieniu jest proste, rzeźba już tam jest, wystarczy odrzucić to co zbędne.


Na tle stalowej „Ćmy” w restauracji Mateusza Gesslera. Artystyczną stronę restauracji Ćma zaprojektował i wykonał Tomasz Górnicki wspólnie z kolektywem Monstfur. fot. Norbert Piwowarczyk

Mówiłeś jeszcze o swojej trzeciej ścieżce, wróćmy do niej proszę

Trzecia ścieżka daje mi największą wolność, może nie największą satysfakcję, ale zawsze jest głębokim przeżyciem. To jest moja działalność nielegalna, bo alternatywnie montuję rzeźby w przestrzeni publicznej – street-art, urban-art – zwał jak zwał, to jest po prostu oddolne, czyli moje działanie w przestrzeni publicznej bez żadnych pozwoleń. Jest w tym dużo teatralności, przebieram się za pracownika służb miejskich, albo udaję, że naprawiam auto, a tak naprawdę biorę wiertarkę i montuję sobie obiekt. Jest w tym trochę adrenaliny, ale w głównym przekazie nie o nią chodzi, a o to, żeby ze swoimi pracami, ze sztuką, wyjść do ludzi.

Alternatywnie montuję rzeźby w przestrzeni publicznej – street-art, urban-art – zwał jak zwał, to jest po prostu oddolne, czyli moje działanie w przestrzeni publicznej bez żadnych pozwoleń. – mówi Tomasz Górnicki.

Skąd wzięła się w Tobie potrzeba wychodzenia ze swoją twórczością do szerokiego grona odbiorców?

Zaraz po akademii zrobiłem jedną, drugą, trzecią wystawę, ale w pewnym momencie zacząłem odczuwać jałowość tych działań. Miałem wrażenie, że moje prace oglądają ciągle ci sami ludzie, których bardzo lubię, cenię, ale trudno mi ich już zaskoczyć i oni niewiele też już swoimi komentarzami zaczęli wnosić do mojej twórczości. Pomyślałem więc, że w poszukiwaniu odbiorcy, sam do niego wyjdę – wyjdę ze sztuką do ludzi. A że nikt mi na to nie chciał pozwolić, postanowiłem zrobić to po swojemu – zamontowałem rzeźbę w przestrzeni miejskiej. Bardzo fajny feedback z tego dostaję, ludzie interpretują to tak różnie, że trudno było mi sobie wyobrazić, że aż tak można. Ja na przykład robię rzeźbę o samotności, a ktoś mi mówi o Powstaniu Warszawskim, albo o tym, że trzeba uważać na drodze. To w takich sytuacjach mam poczucie, że moja sztuka żyje. Tym rzeźbom miejskim daję tylko krótki opis, kilka zdań kierunkujących, najważniejsze dla mnie jest to, żeby obiekt, który jest obcy dla danego miejsca, zasiał jakąś myśl. Statystycznie niech to będzie jedna na sto, jedna na tysiąc osób, ale chcę swoimi instalacjami wybić człowieka z jego codziennego rytmu, żeby coś zaczęło funkcjonować w jego świadomości i coś mu dało. Trochę to idealistyczne, ale się sprawdza. Miałem przyjemność słyszeć, że niektóre moje prace coś zmieniły w czyimś myśleniu, życiu – miałem prace o przemocy słownej, o samotności, o strachu i one dotarły do ludzi, zwróciły ich uwagę, przemówiły do nich. To najważniejsze w tej pracy. Często działam w oparciu o jungowski system archetypów – takie rzeczy, które trafiają dość głęboko i są uniwersalne, są dla mnie wartościowe. Dla innych, bez względu na światopogląd, wiek, zawód, wykształcenie, jak widać też.

Z jednej strony spotykam się z sympatią, z entuzjazmem, z drugiej z niewyobrażalną złością, agresją. Czasem montuję rzeźbę, myślę, że będzie w tym miejscu stała i stała, a okazuje się, że znika z dnia na dzień. – mówi Tomasz Górnicki.

Twoje podejście przeczy panującemu u nas stereotypowi, że sztuka jest dla wybrańców – dla jej wielbicieli…

Sztuka jest bardzo hermetyczna, a ja się z tym nie zgadzam. Sztuka powinna być dla wszystkich, dlatego na przykład nie przeszkadza mi moja rzeźba w centrum komercyjnym – codziennie kilka tysięcy osób ma okazję ją zobaczyć. To jest nie tylko bardzo przyjemne, ale i inspirujące.

Co się dzieje z Twoimi pracami, które nielegalnie instalujesz w przestrzeni publicznej?

Z reguły są niszczone, kradzione, czasem demontują je służby miejskie. Fajny był przypadek, kiedy montowałem na Złotej w Warszawie pracę Na granicy cienia. W związku z tym, że zrobiłem to w pasie drogowym, w sensie na chodniku, ZDM musiał to zabrać. Ale zadzwonili do mnie, bo ktoś u nich przeczytał artykuł na temat mojej streetowej działalności, zorientował się, że to co zostało zdemontowane przez nich, było moje i powiedzieli, że praca bardzo im się podobała, ale zasady są takie a nie inne i mogę sobie rzeźbę odebrać i nie dostanę mandatu. (śmiech) Z jednej strony spotykam się z sympatią, z entuzjazmem, z drugiej z niewyobrażalną złością, agresją.

Czasem montuję rzeźbę, myślę, że będzie w tym miejscu stała i stała, a okazuje się, że znika z dnia na dzień. Tak było z dzieckiem zainstalowanym pod mostem w Częstochowie – po trzech dniach ktoś zdemolował tę prace, nie to że wyrwał i ukradł, tylko doszczętnie zniszczył. W tym przypadku prawda o agresji spotkała się ze skrajną agresją. To jest bardzo ciekawe.

W momencie, kiedy montuję coś na jakimś miejscu, to zaczyna żyć swoim życiem. – mówi Tomasz Górnicki.

W momencie, kiedy montuję coś na jakimś miejscu, to zaczyna żyć swoim życiem. Kiedy ja robię krok do tyłu, to już nie jest moje, to staje się fragmentem tkanki miejskiej. I jak już wspomniałem, często ten element tkanki miejskiej w postaci moich prac jest niszczony. To jest dla mnie ciekawe, bo zazwyczaj zgłębiam ciemną stronę natury ludzkiej i te prace – nie wiem – w jakiś sposób sprawiają, że król jest nagi, albo unaoczniają jakieś trudne do zaakceptowania aspekty, w każdym razie rzeczywiście spotykają się z agresją, kradzieżą, zniszczeniem. To co się z nimi dzieje, jest najlepszym komentarzem do tego, dlaczego były zawieszone.

W jaki sposób monitorujesz, śledzisz ich los?

Fotografuję je, robię dokumentację. Interesują się nimi portale, gazety, wysyłam zdjęcia moim znajomym, dzielę się tym, zamieszczam kawałek tekstu, który wg mnie odpowiadał tej pracy, robię krótki opis. To fajnie funkcjonuje, czasem powstaje wokół tego dyskusja, ludzie się udzielają. To jest super, to jest żywe. Czasem jest też tak, że dostaję od kogoś zdjęcie, że w miejscu instalacji zostały gołe śruby w ścianie, albo rozsypany gips na ziemi. To jest przykre, ale zawsze się łudzę, że któregoś dnia zrobię coś takiego, co przetrwa. Chciałbym, żeby tak się stało. Moim celem nie jest zniszczenie, tylko przetrwanie. Wybieram takie miejsca, które nikomu nie przeszkadzają, z reguły są bardzo brudne, opuszczone, nieoczywiste, trochę pominięte – tuż obok, ale tak naprawdę daleko.

Moim celem nie jest zniszczenie, tylko przetrwanie. – mówi Tomasz Górnicki.

Staram się tej samotnej przestrzeni nadać znaczenie – montuję rzeźbę, która fajnie tam pasuje stylistycznie, kompozycyjnie, kolorem, skalą, wszystkim. Wydaje mi się, że to jest wartość dodana, a mimo wszystko ktoś ją niszczy. Niszczy kawał ciężkiej pracy, która wielu się podoba, co potwierdzają opinie, które do mnie trafiają. Czasem jest tak, że jest miejsce, które mnie nurtuje, samotna nisza, albo jakaś dziura w moście i tak to miejsce jest inspirujące, samotność tego miejsca, że coś w nim montuję. To się dla mnie dopełnia, ale mimo tego zdarza się ktoś, kto inaczej to rozumie, inaczej to czuje. I ma do tego prawo, bo tak jak ja działam nielegalnie i to montuję, tak samo ktoś może podejść i to zniszczyć – taki rodzaj dialogu.

Czasem jest tak, że jest miejsce, które mnie nurtuje, samotna nisza, albo jakaś dziura w moście i tak to miejsce jest inspirujące, samotność tego miejsca, że coś w nim montuję. – mówi Tomasz Górnicki.

Skoro mówisz o dialogu – Mateusz Gessler opowiadał mi o waszej wspólnej pracy nad rzeźbą anioła, o tym, że po trosze uczestniczył w procesie twórczym. Czy takie, nazwijmy to, kooperacje są możliwe tylko w sytuacji, kiedy dobrze znasz i czujesz osobę z którą masz coś wspólnie zrobić?

Z Mateuszem poznaliśmy się przy okazji współpracy nad rzeźbą Ćma w jednej z jego restauracji. Pogadaliśmy i coś zagrało. Do pracy nad tą rzeźbą zaprosiłem grupę MONSTFUR  – świetnych artystów nurtu street-art. Jej wykończenie to nasz wspólny projekt. Odpowiadając na Twoje pytanie – tak, dużo zależy od charakteru, od porozumienia. Z takiego wspólnego kombinowania z ludźmi, z którymi mi po drodze mentalnie, wychodzą ciekawe projekty. Tak było i z Mateuszem i z innymi osobami, które spotkałem na swojej drodze, a mieliśmy podobne stylistyczne upodobania. Z Mateuszem fajne było jeszcze to, że na pierwszym spotkaniu ze mną i z architektami powiedział, że jeśli coś już gdzieś widzieliśmy, to tego nie robimy, on tego nie chce. To było wyzwanie, bardzo chciałem go zaskoczyć, stworzyć dla niego coś wyjątkowego.

Dużo zależy od charakteru, od porozumienia. Z takiego wspólnego kombinowania z ludźmi, z którymi mi po drodze mentalnie, wychodzą ciekawe projekty. – mówi Tomasz Górnicki.

Udało się i nasza współpraca trwa. Generalnie nie boję się pracy z innymi artystami, nie z rzeźbiarzami akurat, bo to jest zbyt pochodne, ale lubię pracować z architektami – ich podejście jest fajne, bo oni kreują przestrzeń w którą ja mogę wejść. Architekt zaprasza mnie do jakiegoś wnętrza i mówi – znajdź coś, co „zepnie” to wnętrze i ja szukam. To jest fajne. Bardzo lubię też współpracować z fotografami. Miałem teraz jedną wystawę przy okazji projektu dla Behemota, w tym roku pracuję też nad wspólną wystawą z Rogerem Ballenem, bardzo ważną dla mnie postacią.

Tu jest zupełnie inne podejście – nie przestrzenne, tylko idea przyświeca fotografii rzeźby – chodzi o złapanie tego jednego momentu, ułamka sekundy. Fotograf migawką chwyta ten moment, który natychmiast przemija, a ja staram się zrobić to samo, tylko w formacie 3D – nieważne, czy jest to ruch, czy jest to postać, czy portret – chodzi o ten jeden konkretny moment – fajnie się spotkać w rożnych mediach, ale z tym samym przekazem.

Masz jakąś wizję swojego rozwoju artystycznego?

Nie, to się bardzo szybko weryfikuje. Ja się dość szybko nudzę i przeskakuję po tematach. Jak na przykład naspawam się jakiejś formy geometrycznej, abstrakcyjnej, to nagle, nie wiadomo skąd, pojawia się potrzeba baroku, czasami ocieram się nawet o kicz w świadomy sposób, chcę wrócić do takiej rzetelnej roboty. Jak już wyeksploatuję jakiś lżejszy temat, wracam do zagadnień ciężkich, do kamienia, żeby znów poczuć krew, pot i łzy. Kwestie zawodowe planuję jedynie na kilka miesięcy do przodu, tak jak wymagają tego konkretne projekty, które akurat realizuję. Nie wyobrażam sobie siebie za pięć lat, bo jak sobie siebie wyobrażałem kilka lat temu, to i tak życie to weryfikowało, szedłem w zupełnie innym kierunku niż zakładałem.

Zobacz także: https://cai24.pl/styl-zycia/737/o-sztuce-gotowania-pomagania-i-krytykowania/

Czym żyje Polska i Świat dowiesz się z najnowszej

Oglądaj BiznesInfo.tv

Inspirujące historie poznasz w i