Jacek Giedrojć: Czy kryzys ekonomiczny jest nieunikniony?

O tym, czy kryzys ekonomiczny jest nieunikniony opowiada Jacek Giedrojć, założyciel Warsaw Equity Group.

Zgodnie z pojęciem i zjawiskiem cyklów koniunkturalnych, nadejście kryzysu gospodarczego jest pewne?

Cykle są nieodłączną częścią kapitalistycznej gospodarki. Trochę jak przypływy i odpływy na oceanie. W USA obecna ekspansja jest najdłuższą w historii, więc wszyscy oczekują jej rychłego końca. W Australii, napędzanej popytem na surowce mineralne z Azji i imigracją (więcej niż co czwarty mieszkaniec tego kraju urodził się za granicą), ostatnia recesja miała miejsce 28 lat temu. Zamiast fascynować się nieuniknionym, lepiej szukać fali, która poniesie nas przez kilka cykli koniunkturalnych. W Polsce wzrost gospodarczy trwa nieprzerwanie od 2001 roku. Od otwarcia na świat 30 lat temu ciągle zrywamy nisko wiszące owoce. Doganiamy, korzystamy z transferów z UE. Nasz rosnący poziom życia nie wynika z tego, że nieustannie coś nowego wymyślamy.

Niepokoją Pana sygnały nadchodzące z mediów o zadyszce gospodarki niemieckiej, korekcie prognoz Banku Światowego czy rozczarowujące dane GUS dotyczące wzrostów wynagrodzeń? Czy to zwiastun tego, że recesja czai się za rogiem?

Techniczna recesja (dwa kolejne kwartały spadającego PKB) raczej nam nie grozi. Jednak spowolnienie to nic przyjemnego, więc oczywiście niepokoję się – tym bardziej, że może być gorzej. Jednak lepiej myśleć o sprawach, na które ma się wpływ. Na globalną koniunkturę nie mamy żadnego. Bardziej martwię się o to, że „nisko rosnące owoce” się kończą. Żeby dalej poprawiać poziom życia, będziemy musieli być bardziej innowacyjni. Żeby było nas stać na lepsze życie, będziemy musieli oferować światu własne, coraz bardziej wyszukane produkty i usługi, takie, których mniej zaawansowane kraje nie potrafią tworzyć. Dalej uczyć się, gonić, ale też coraz częściej eksperymentować, robić rzeczy nowe, obarczone ryzykiem.

Kreatywności sprzyja otwartość, tolerancja (również dla nieuniknionych porażek), akceptacja inności, umiejętność współpracy z różnymi ludźmi. W Polsce cztery lata temu ogłoszono koniec transformacji. Rzekomo jesteśmy już świetni, a to, że mniej zarabiamy jest skutkiem historycznych niesprawiedliwości, za które zresztą należą się nam reparacje. Zaściankowość stała się cnotą. Część elit bez zażenowania mówi ludziom tylko to, co chcieliby usłyszeć, albo gorzej – odwołuje się do najniższych instynktów. Niestety, bez odpowiedzialnego przywództwa nie ma postępu.

Jakie Pan widzi obecnie największe zagrożenia dla rozwoju gospodarczego Polski, tak zewnętrzne, jak i wewnętrzne?

Zewnętrzne zagrożenia są znane: wojny handlowe, brexit, kolejny światowy kryzys finansowy. Lepiej jednak zajmijmy się własnym podwórkiem. Powiem o trzech wewnętrznych zagrożeniach/wyzwaniach. Po pierwsze, brak w Polsce dużych rodzimych firm trwale zdolnych do generowania wysokiej wartości dodanej i konkurowania na globalnym rynku. Zresztą nie chodzi tylko o przedsiębiorstwa, lecz tym bardziej o skomplikowane organizmy gospodarcze, jak klastry. Polska zaradność, elastyczność i indywidualizm, które świetnie nam służyły w realokacji zasobów pozostałych po irracjonalnym komunizmie, ma również brzydką twarz doraźności. W pewnym sensie przeszkadza w budowaniu dużych trwałych struktur, procedur i norm. Brakuje nam dobrych wzorów, takich schematów współpracy, zakorzenionych we własnej historii i kulturze.

Brakuje nam dobrych wzorów, takich schematów współpracy, zakorzenionych we własnej historii i kulturze. – mówi Jacek Giedrojć.

Druga sprawa to niski udział Polek i Polaków w rynku pracy. Słusznie cieszymy się z niskiej stopy bezrobocia, ale pamiętajmy, że tylko osoby aktywnie szukające pracy są uważane za bezrobotne. Odsetek osób w wieku produkcyjnym, które faktycznie pracują, jest w Polsce niski – ósmy od końca wśród 35 krajów OECD. Przedsiębiorcy skarżą się na brak rąk do pracy, martwimy się, skąd wziąć na wypłatę rent i emerytur, a z grubsza jedna trzecia z nas nie pracuje. Trzecia kwestia to nasze przywiązanie do węgla. Tu splata się wiele wątków, od smogu zabijającego przedwcześnie dziesiątki tysięcy ludzi w Polsce do egzystencjonalnego zagrożenia globalnym ociepleniem. Ma ona również wymiar ekonomiczny. Już dziś energia produkowana z węgla nie jest tania, a będzie relatywnie coraz droższa, czyli polskim firmom będzie coraz trudniej konkurować, z powodu drożejących emisji dwutlenku węgla w Europie, ale przede wszystkim dzięki postępowi technologicznemu w odnawialnych źródłach energii.

Jak ocenia Pan reakcję władz na te sytuacje?

We wszystkich tych sprawach w ostatnich latach władze nie pomagały. Przekonywały, że węgiel jest naszym skarbem narodowym. Obniżyły wiek emerytalny i wprowadziły transfery socjalne zniechęcające do pracy. Są różne programy wspierające małe firmy, ostatnio np. tzw. mały ZUS, faworyzujące je wobec firm większych. Nie chodzi przecież o to, by rząd wspierał średnie i duże przedsiębiorstwa. Wbrew propagandzie, obecnie polskie firmy jednak są dyskryminowane, co widać w uparcie niskich inwestycjach tychże. W sporze z funkcjonariuszem władzy polska firma musi polegać na polskim wymiarze sprawiedliwości.

W warunkach podporządkowania wymiaru sprawiedliwości politykom, w sporze z funkcjonariuszem partyjnym albo podmiotem z nimi powiązanym ta ochrona jest iluzoryczna. Ktoś mógłby pomyśleć, że to dobrze dla polskiego biznesu, który przecież znajdzie lepsze dojścia do polityków niż zagraniczni konkurenci. Niektórym bardziej osobiste, ludzkie relacje mogą wręcz kulturowo odpowiadać. Celowo mówię o funkcjonariuszach, a nie władzy jako takiej. Nikomu nie przypisuję złych intencji. Jednak kiedy wykręciliśmy w domu bezpieczniki, to musimy liczyć się z pożarami.

Daleko nam do Węgier Orbána – mówi Jacek Giedrojć.

Zgodnie z logiką systemu, polski przedsiębiorca zagrożony arbitralnymi albo wręcz korupcyjnymi działaniami funkcjonariuszy partii, ochrony szukać musi w tejże partii. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja zagranicznego koncernu. Może on liczyć na interwencję własnego rządu i międzynarodowego prawa, choćby umów o ochronie wzajemnych inwestycji. Na Węgrzech popularny jest termin „audiokracja” — autokracja działająca ręka w rękę z zagranicznym kapitałem. Audi Hungária jest drugą pod względem sprzedaży i zatrudnienia firmą na Węgrzech (po państwowym monopolu naftowym MOL). Termin „audiokracja” nawiązuje do teorii systemu światowego i teorii zależności, w których z grubsza chodzi o to, że światowe centrum gospodarcze zawdzięcza swoją pozycję eksploatacji peryferii. Opisuje on swoistą zależność: autokratyczna władza jest pośrednikiem między światowym centrum a własnym społeczeństwem. Wielki kapitał deleguje na lokalną władzę trzymanie w ryzach lokalnej populacji, która karnie stawia się do pracy na trzy zmiany. Żadnych związków zawodowych, strajków, protestów mieszkańców, wścibskich mediów etc.

W logice autokratycznego systemu nie ma miejsca na strefy swobody – mówi Jacek Giedrojć.

W zamian autokratyczna władza dostaje spokój i transfery. Niemieckie firmy motoryzacyjne są Orbánem zachwycone i lobbują na jego rzecz we własnym rządzie i instytucjach europejskich. Oczywiście daleko nam do Węgier Orbána. Działają niezależne media, wybory nie są zdominowane przez jedną partię. Ze względu na rozmiar kraju i rolę popytu wewnętrznego niełatwo wprowadzić w Polsce „audiokrację”. W porównaniu z innymi krajami regionu, sukcesem Polski było unikniecie oligarchizacji — powiązania władzy politycznej i gospodarczej. Czy to w wersji rosyjskiej, czy węgierskiej, gdzie władza nominuje właścicieli wielkiego biznesu, czy czeskiej, gdzie to wielki biznes rządzi. Ta zdobycz wydaje się dziś zagrożona. W logice autokratycznego systemu nie ma miejsca na strefy swobody — niezależne media, organizacje pozarządowe czy prywatny biznes niepowiązany z władzą.

Czy zapowiedzi wprowadzenia płacy minimalnej na poziomie 4000 zł, 13. i 14. emerytura oraz inne zapowiadane przez rząd projekty socjalne to przepis na załamanie gospodarcze?

To raczej przejawy głębszych problemów. Rządzenie zostało podporządkowane partyjnemu marketingowi. Koszty wyborczych obietnic są przerzucane na samorządy, prywatne firmy i pracowników sfery budżetowej. Wszystko to ma charakter doraźny — chaotyczne poszukiwanie nośnych wyborczo obietnic, bez względu na wspólne dobro, z pominięciem analizy konsekwencji i debaty, która mogłaby je unaocznić. Weźmy przykład samorządów. Nagła, przeprowadzona bez konsultacji zmiana stawek PIT skutkuje istotnym zmniejszeniem ich dochodów, bez szansy racjonalnego dostosowania często zaplanowanych wcześniej na wiele lat naprzód wydatków. Jako sposób zarządzania państwem to amatorszczyzna, chociaż perspektywy partyjnej może to inaczej wyglądać… Bardziej fundamentalnie, finansowanie transferów odbywa się kosztem usług publicznych. Oprócz kupowania głosów, niewypowiedzianym wprost założeniem takich bezpośrednich transferów jest przekonanie, że za uzyskane pieniądze każdy sobie na rynku kupi to, co mu do szczęścia potrzebne. Niestety rynek prywatnych korepetycji nie zastąpi porządnej szkoły, a kupowane na potęgę suplementy diety nie są substytutem kompleksowego systemu opieki medycznej. Jest to w istocie abdykacja państwa. Nie chodzi o jakieś metafizyczne obowiązki państwa jako emanacji narodu albo strażnika uniwersalnych praw człowieka. Zwyczajnie pewne cele skuteczniej realizuje państwo niż rynek. Jest to jeszcze jeden przejaw naszej trudności w budowaniu organizmów społeczno-gospodarczych.

W realiach zglobalizowanej gospodarki, na ile Polska może przygotować się na ewentualną recesję czy nawet wpływać na jej opóźnienie lub łagodniejszy przebieg?

Z punktu widzenia polityki makroekonomicznej, większość środków w arsenale została już użyta w czasach dobrej koniunktury. Wystrzelaliśmy sporo amunicji w czasie pokoju, ograniczając możliwości na czas ewentualnej wojny.

Jasne, w przededniu kryzysu można wstrzymać inwestycje, starać się zmniejszyć zadłużenie. Ale cykle inwestycyjne trwają wiele lat, okazje pojawiają się nieoczekiwanie i dlatego większość decyzji wynika ze strukturalnych, długoterminowych przesłanek. – mówi Jacek Giedrojć.

Co mogą, co powinni zrobić przedsiębiorcy? Czy przygotowuje się Pan na kryzys?

Dywagacje na temat tego, czy, kiedy, i jak głębokie będzie spowolnienie, najbardziej ekscytują komentatorów, którzy z tego żyją, polityków, którzy mogą przegrać wybory i finansowych spekulantów. Przedsiębiorcy, którzy dostarczają realne produkty i usługi, po prostu robią swoje. Jasne, w przededniu kryzysu można wstrzymać inwestycje, starać się zmniejszyć zadłużenie. Ale cykle inwestycyjne trwają wiele lat, okazje pojawiają się nieoczekiwanie i dlatego większość decyzji wynika ze strukturalnych, długoterminowych przesłanek.

Mówiliśmy o zagrożeniach, a jakie są szanse, możliwości czy kierunki, jakie Polska i polskie firmy mogły by wykorzystać, żeby wzmacniać pozycję gospodarczą kraju?

Niektórzy (nieliczni) moi znajomi upatrują szansy w zaprowadzeniu w Polsce kapitalizmu politycznego, czyli systemu, w którym scentralizowane państwo wspiera rozwój gospodarczy. Sukcesy Chin czy Wietnamu pokazują, że przekonanie o jednej drodze do dobrobytu — demokracja, wolny rynek, praworządność — były naiwne. Historia się nie skończyła, dalej spieramy się o pryncypia i wybieramy różne systemy społeczno-gospodarcze. Cechą odróżniającą polityczny kapitalizm od liberalnego jest istnienie tzw. stref bezprawia. Centralnie sterowana, efektywna biurokracja jest ponad prawem i dzięki temu, wolna od demokratycznych i prawnych uwikłań, może szybko i skutecznie działać. Strefy bezprawia pomagają również w radzeniu sobie z endemiczną w politycznym kapitalizmie korupcją i nierównościami. Powtarzające się brutalne kampanie antykorupcyjne w Chinach są częścią systemu, a nie aberracją. Kapitalizm polityczny ma być sposobem na wyrwanie się z pół peryferyjności. Węgierska „audiokracja” pokazuje, że rezultat może być odwrotny. Ponadto kraje, którym kapitalizm polityczny przyniósł największe sukcesy dopiero teraz osiągają średni poziom PKB na mieszkańca. Może to i dobry system na wyrwanie się z biedy, ale niekoniecznie na osiąganie zamożności. To trochę jak z komunizmem, który pomógł zaprowadzić wersję nowoczesności na Białorusi, we wschodniej Polsce i Słowacji, ale już Wielkopolsce, Śląskowi czy Czechom przyniósł regres gospodarczy i cywilizacyjny. Jeśli komunizm był stadium pośrednim między feudalizmem i kapitalizmem, to polityczna wersja kapitalizmu jest komunizmu naturalnym przedłużeniem.

Czy w Polsce da się polityczny kapitalizm wprowadzić?

Chiny mają kilkanaście wieków tradycji biurokracji rekrutowanej w oparciu o merytokratyczne egzaminy. W chińskiej kulturze władza jest jak senior rodu przy wigilijnym stole — nie wypada się sprzeciwiać. W naszą tradycję folwarku wpisana jest arbitralność i osobista lojalność wobec pryncypała, podszyta nieufnością wobec jakiejkolwiek władzy, zwłaszcza państwowej (po zaborach i komunizmie). Krótko mówiąc, nawet abstrahując od aksjologicznych zastrzeżeń, próba wprowadzenia kapitalizmu politycznego w Polsce jest receptą na cywilizacyjny regres. Szansę widzę w decentralizacji. Jak wspomniałem, nasz dalszy rozwój będzie wymagał kreatywności, innowacyjności oraz budowy coraz bardziej wyszukanych organizmów społeczno-gospodarczych, w których uczestniczą firmy, podmioty publiczne i organizacje społeczne.

Na poziomie regionów łatwiej o wzajemne zaufanie, bez którego trudno o długoterminową współpracę, kreatywność i podejmowanie ryzyka. Tak się składa, że w różnych regionach Polacy hołdują różnym wartościom. Widać to choćby po odsetku nieślubnych dzieci czy liczbie rozwodów. Jeśli w południowo-wschodniej Polsce można budować zaufanie społeczne w oparciu o tradycyjne wartości katolickie, to znakomicie. Szkoda byłoby z tego nie skorzystać. Jednakże próba wtłoczenia przez centralną władzę bardziej indywidualistycznie nastawionych mieszkańców zachodnich województw w te same ramy to sposób na erozję zaufania. Regiony różnią się nie tylko systemami wartości.

W różnych regionach Polacy hołdują różnym wartościom. – mówi Jacek Giegrojć.

W zdecentralizowanym systemie poszczególne regiony mogą stosować zróżnicowane strategie dostosowane do ich potrzeb, silnych i słabych stron. Słyszałem kiedyś marszałka województwa podkarpackiego, który tłumaczył jak jego głównym wyzwaniem jest doprowadzenie kanalizacji do większości miejscowości. Z drugiej strony najlepiej znany w Polsce klaster przemysłowy działa właśnie na Podkarpaciu. Marzy mi się system, w którym każde województwo jest jakby wielkim klastrem z lokalnie kształtowaną ofertą szkół zawodowych, uczelni, instytutów badawczych, placówek kultury itd. W Polsce działałoby kilkanaście różnych strategii rozwoju, z których każda byłaby swoistym eksperymentem.

Województwa uczyłyby się od siebie nawzajem i naśladowały dobre praktyki. Bezpieczniej eksperymentować na poziomie województw niż całego kraju. Taki system otworzyłby pole dla regionalnych elit politycznych, administracyjnych, edukacyjnych, żeby wypracować własne rozwiązania, a nie tylko wykonywać polecenia z Warszawy. Plany Hausnera czy Boniego rozczarowały właśnie dlatego, że próbowały wtłoczyć całą Polskę w jedne ramy. Paradoksalnie taki system wzmocniłby również władze centralne, uwalniając je od sporów światopoglądowych i pozwalając skupić się na sprawach, w których się zgadzamy, jak np. obronność.

Rozmawiała Katarzyna Mazur

Zobacz także: https://cai24.pl/biznes/1288/zbigniew-grycan-biznes-ktory-zrodzil-sie-z-serca/

Czym żyje Polska i Świat dowiesz się z najnowszej

Oglądaj BiznesInfo.tv

Inspirujące historie poznasz w i