Agnieszka Gniotek: Dlaczego kupujemy sztukę…

Agnieszka Gniotek, założycielka galerii i domu aukcyjnego Xanadu w rozmowie z Katarzyną Mazur opowiada między innymi o tym, dlaczego kupujemy sztukę.

Agata Czeremuszkin-Chrut, Odłamki 9, 2019, akryl, olej, płótno, 150×100 cm

Kto w Polsce inwestuje w sztukę? Czy to są osoby, które budują kolekcje, kupujące po atrakcyjnych cenach, żeby szybko sprzedać. Czy może takie, które po prostu lubią sztukę i chcą z nią obcować?

Wszystkie te grupy, o których pani wspomniała. Każda z nich kupuje z innego powodu, za inne pieniądze i co innego. Znaczącą grupę stanowią osoby, które dojrzały do tego, żeby mieć sztukę w swoim domu. Zaczęły funkcjonować na pewnym poziomie i już wiedzą, że reprodukcja z Ikei to nie jest to, czego potrzebują, że byle jaka seryjna grafika z galerii internetowej czy ze sklepu z dodatkami wnętrzarskimi także nie zaspokoi ich potrzeb. To ludzie zazwyczaj dość młodzi: przedsiębiorcy, którzy osiągnęli już pewien status, nie tyle majątkowy, co zawodowy. Bardzo często jest to pierwszopokoleniowa inteligencja. Jej przedstawiciele kupują swoje pierwsze obrazy do domu, niekoniecznie drogie, ale na pewno unikatowe. Kluczem jest tu zaangażowanie w sztukę, a nie zasobność portfela. Początkujący kupujący jeszcze nie do końca rozumieją, że obraz czy rzeźbę dobieramy do siebie, a dopiero w drugim rzędzie do wnętrza.

Dlaczego? Obraz nie musi korespondować z wnętrzem?

Może, nie musi. Wnętrze domu, pokoju, nie jest stanem stałym, ulega transformacji. Obraz także możemy obramowywać wedle potrzeb. Natomiast swojego zaangażowania emocjonalnego w dzieło sztuki raczej nie zmienimy.

Tanio można kupić sztukę słabą albo młodych artystów. A kupując sztukę młodych artystów, stajemy przed pewnego rodzaju zagadką. – mówi Agnieszka Gniotek.

Wróćmy zatem do inwestujących…

Drugą grupę stanowią tak zwani inwestorzy. Absolutnie nie są to osoby, które kupują tanio, tylko po to, żeby drogo sprzedać. Takie transakcje na rynku sztuki nie są opłacalne.

Dlaczego?

Ponieważ tanio można kupić sztukę słabą albo młodych artystów. A kupując sztukę młodych artystów, stajemy przed pewnego rodzaju zagadką.

Czego nie wiemy?

Czy ten młody człowiek zrobi karierę i czy jego prace osiągną satysfakcjonujące ceny. Na domiar złego jedno z drugim niekoniecznie idzie w parze.

Kariera, a co za tym idzie rozpoznawalność, nie idzie w parze z dobrą wyceną prac?

Często nie. Twórcy, którzy tworzą sztukę bardziej intelektualną, trudniejszą w odbiorze, niejednokrotnie wcale nie osiągają zbyt szybko znacznego cenowego pułapu finansowego. Natomiast artyści, którzy malują dekoracyjne obrazki, żeby nie powiedzieć kicze, bardzo często w krótkim czasie osiągają znaczące ceny. Tyle tylko, że w równie krótkim czasie ich sztuka odbiorcom się nudzi. To są, że tak sobie pozwolę ich nazwać, aukcyjni celebryci. Ich kariery są krótkie, trwają dwa, trzy lata, po czym następuje drastyczna korekta cenowa na ich twórczość. Trzeba mieć naprawdę ogromną wiedzę rynkową i wyczucie, żeby wiedzieć, co kupić, kiedy kupić i kiedy sprzedać.

Brzmi to trochę jak inwestowanie na giełdzie…

Ma pani rację, to jest gra, a sztuka słabo się do tego nadaje. Żeby dobrze zainwestować w młodą sztukę i wygrać na niej cenowo, trzeba by tych prac kupować dużo, a potem globalnie je sprzedać po to, żeby z mediany osiągnąć odpowiednie zyski. To naprawdę mało kogo kręci. Był taki okres jeszcze 5, 7 lat temu, kiedy ludziom się wydawało, że to może być ciekawa droga, ale w tej chwili nie widzę takich tendencji. Natomiast coraz większa jest grupa świadomych inwestorów. Umiejętnie łączą bycie kolekcjonerem, miłośnikiem sztuki z byciem inwestorem.

Świadomi inwestorzy to ludzie kupujący prace z myślą o tym, że jeśli za 10, 15 lat powinie im się noga w biznesie, to będą mogli zdjąć ze ściany obraz i sprzedać przynajmniej za tę cenę, za którą kupili. – mówi Agnieszka Gniotek.

To się nie wyklucza?

Absolutnie nie. Świadomi inwestorzy to ludzie kupujący prace z myślą o tym, że jeśli za 10, 15 lat powinie im się noga w biznesie, to będą mogli zdjąć ze ściany obraz i sprzedać przynajmniej za tę cenę, za którą kupili. W związku z tym wybierają bardzo rozsądnie i z rozmysłem. Uważają sztukę za dobrą lokatę kapitału. Takich osób jest coraz więcej. Inwestują w przedziałach pomiędzy 5 a 30 tysięcy złotych w zakupach jednorazowych powtarzających się dwa, cztery, sześć razy do roku. Najczęściej zakupów dokonują w galeriach, nie na aukcjach. Inwestują w prace artystów żyjących, reprezentowanych przez galerie.

Dlaczego?

Bo tylko galeria opiekująca się jakimś twórcą może dać w długoletniej perspektywie gwarancję, że będzie pilnowała cen i rozwoju kariery artysty.

Co z inwestorami, którzy chcą na swoją kolekcję przeznaczyć większe kwoty?

Jeśli inwestują w artystów żyjących, to średnio przeznaczają na obraz między 30 a 150 tysięcy zł. Są też oczywiście tacy, którzy kupują prace artystów nieżyjących klasy muzealnej i ich wydatki mieszczą się w przedziale pomiędzy 100 tys. zł a 5 mln zł. W ten sposób lokują nadwyżki kapitałowe. To osoby, które nie liczą na szybki zysk. Wiedzą, że ceny pewnych prac rosną, że jeśli mówimy o artyście jeszcze żyjącym, jego śmierć sprawi, że ceny prac podskoczą.

Jaki to ma ze sobą związek?

Wiadomo, że po śmierci artysty więcej jego prac nie trafi na rynek. Taki mechanizm zadziała jednak tylko w wypadku artysty naprawdę wysokiej klasy.

Sztuka jest w pewnym stopniu narzędziem optymalizacji podatkowej. Z jednej strony wzbogaca majątek firmy, z drugiej generuje koszty. – mówi Agnieszka Gniotek.

Co to oznacza?

Że prace tego artysty znajdują się w bardzo dobrych kolekcjach publicznych i prywatnych, głównie w Muzeach Narodowych, że jego twórczość jest solidnie opisana i udokumentowana – twórca ma na swoim koncie między innymi udział w uznanych wystawach indywidualnych, nagrody, wysoko cenione wystawy zbiorowe. Na takiej „shopliście” artystów jest wg mnie około dwustu nazwisk. To są pewniaki inwestycyjne. W perspektywie można na zakupie ich prac sporo zyskać, choć większość kupujących z tej grupy nie zamierza tych prac sprzedawać. Będą jednak czerpali niewątpliwą przyjemność z faktu, że wydali 30 tys. zł, a po jakimś czasie na ich ścianie wisieć będzie ta sama praca, tyle że warta 90 tys. zł.

Gdyby mogła Pani wymienić trzy nazwiska z tej listy pewniaków…

Nie wymienię, byłoby to nieuczciwe w stosunku do pozostałych. Jednak w ramach odpowiedzi powiem, że kilka lat temu, przygotowując się do napisania artykułu dla jednego z tytułów prasowych, zrobiłam porównanie tej listy i prac artystów wiszących z najważniejszych muzeach w Polsce. Jeden do jednego się pokrywają.

Przejdźmy zatem do kolekcjonerów.

Kolekcjoner może być zarówno prywatny, jak i firmowy. Oba te podmioty kolekcjonują nieco inaczej.

Gdyby, zanim przejdziemy do szczegółów, mogła Pani wyjaśnić Czytelnikom, czym w zasadzie jest kolekcja?

To zbiór dzieł sztuki, który powstał według bardzo przemyślanego klucza. Ma pewien konkretnie określony wspólny mianownik. To może być klucz chronologiczny, tematyczny, środowiskowy. Warto też podkreślić, że cena pojedynczych dzieł sztuki w kolekcji jest zawsze niższa niż suma wartości wszystkich prac.

Wnętrze domu, pokoju, nie jest stanem stałym, ulega transformacji. Obraz także możemy obramowywać wedle potrzeb. Natomiast swojego zaangażowania emocjonalnego w dzieło sztuki raczej nie zmienimy. – mówi Agnieszka Gniotek.

Dlaczego?

Ponieważ sama kolekcja stanowi wartość przez to, że jest przemyślanym zbiorem i że jest przesączona przez emocjonalność kolekcjonera. Nawet jeśli kolekcjonerem jest instytucja. Często jest też tak, że kolekcja jest zapisem czasu, opowieścią o nim. Przez to jest też wartościowa jako pewnego rodzaju dokument historyczny.

Zacznijmy może od zdefiniowania kolekcjonera prywatnego…

To osoba, która na początku kupuje obrazy po to, żeby je powiesić u siebie w domu. Później przychodzi do galerii i z rozpaczą w oczach mówi, że nie ma już więcej ścian, żeby swoje zakupy wieszać. Na kolejnym etapie pyta o powierzchnię magazynową, a następnie zaczyna myśleć, że te prace można by zdeponować w muzeum, że można by tę kolekcję popularyzować, upubliczniać. Kolekcja prywatna przechodzi także w czasie swojego powstawania zmiany, ewoluuje. Kolekcjoner wyprzedaje np. słabsze pozycje, po to, żeby kupić mocniejsze. Aktywnie pracuje nad kolekcją.

A jak i dlaczego powstają kolekcje instytucjonalne?

Kolekcja instytucjonalna to jest kolekcja, która powstaje „z powodu”. Sztuka w przestrzeni firmowej jest narzędziem. Może być ona narzędziem HR-owym, marketingowym, wsparcia sprzedaży, budowy marki osobistej. Ciekawym przykładem są branże mało atrakcyjne wizualnie, na przykład budowlana. W świecie, w którym rządzi obraz, media społecznościowe, budowlanka nie bardzo ma się czym pochwalić. Dlatego część firm z tego sektora zaczęło tworzyć kolekcje sztuki. To z wizerunkowego punktu widzenia atrakcyjny kontent, o którym firmy mogą pisać, opowiadać, którym mogą się chwalić. Firmy, które upubliczniają swoje zbiory czy to na stronie internetowej, czy też w postaci pokazów muzealnych, pokazują potencjalnym współpracownikom, partnerom biznesowym czy kupującym, że ważne jest dla nich coś poza główną działalnością. Aktywnymi kolekcjonerami są także branże, którym nie wolno się reklamować, np. prawnicy. W sztukę inwestują też firmy, które mają nadwyżki finansowe, ponieważ sztuka jest w pewnym stopniu narzędziem optymalizacji podatkowej. Z jednej strony wzbogaca majątek firmy, z drugiej generuje koszty.

Niedawno jedna z moich klientek kupiła swój pierwszy obraz do sypialni. Oczekuje, że w sposób ognisty wpłynie on na jej relację małżeńską. – mówi Agnieszka Gniotek.

Widzi Pani jeszcze inne grupy kupujących sztukę?

Oczywiście, że są osoby, które kupują spontanicznie, bo właśnie im się coś spodobało, konkretne dzieło czymś ich urzekło. Część takich osób zostanie na rynku, jeżeli na przykład spotka mądrego marszanda, który w umiejętny sposób z nimi porozmawia i pokaże im, że kolekcjonowanie to może być ich nowa, fascynująca pasja. Natomiast część z tych osób po prostu kupuje swój jedyny obraz w życiu i tyle.

Jaka jest dziś rola marszanda?

Kluczowa. Może pani oczywiście kupić obraz od artysty, może to zrobić w ogóle się z nim nie widząc, przez media społecznościowe. Tyle tylko, że wybierając taką ścieżkę po pierwsze zorientuje się pani, zwykle post factum, że nie dostanie faktury ani certyfikatu. Po drugie, ma pani wtedy głęboką niepewność co do ceny. Nie wie pani też tak naprawdę, co ten twórca jest wart na scenie artystycznej. Czyli nie będzie pani w stanie powiedzieć, czy to dzieło, które pani nabyła, stanowi obiektywnie jakąś wartość. I jeśli jest pani osobą, której się po prostu ten obraz podoba, cena, która została zaproponowana, jest dla pani okej, bo stać panią na to, to jest ok. Może pani dokonać takiej transakcji. Musi mieć pani jednak pełną świadomość, że zapewne to nie jest dobra inwestycja i że kupiła pani tylko i wyłącznie ozdobę na ścianę.

Możemy też zakupem dzieła spełniać różne nieoczywiste potrzeby – mówi Agnieszka Gniotek.

Po co nam w zasadzie całe to inwestowanie w sztukę, kupowanie obrazów?

Chcemy tym zakupem zaspokoić jakieś swoje potrzeby. Na przykład podnieść prestiż swojego mieszkania, powiększyć je, rozjaśnić, zrobić sobie lub komuś prezent. Możemy też zakupem dzieła spełniać różne nieoczywiste potrzeby: znam kolekcjonera, który dokonał określonych zakupów w okresie żałoby, bo właśnie akurat tego potrzebował, żeby lepiej ten okres przejść. Niedawno jedna z moich klientek kupiła swój pierwszy obraz do sypialni. Oczekuje, że w sposób ognisty wpłynie on na jej relację małżeńską. Obrazami czcimy też różne jubileusze, ważne dla nas wydarzenia. To są prawdziwe powody, które decydują, że człowiek kupuje sztukę. W takich sytuacjach marszand jest bardzo pomocny. Jeśli potrafi rozmawiać i słuchać, jest przyjacielem, który buduje pomost dialogu pomiędzy dziełem sztuki a odbiorcą, to bardzo często pomaga ujawnić nasze prawdziwe powody, emocje i sprawić, że nasz zakup będzie dużo bardziej trafiony. 

Czym żyje Polska i Świat dowiesz się z najnowszej

Oglądaj BiznesInfo.tv

Inspirujące historie poznasz w i