Z popielnika na Wojtusia… Prawicowy publicysta ostro o przeszłości Wojciecha Manna

Iskiereczka mruga / Chodź opowiem Ci bajeczkę / bajka będzie długa. Tak leciała znana chyba nam wszystkim kołysanka. Ja dzisiaj skoncentruje się na bajeczkach serwowanych w mediach przez pewnego popularnego Wojtusia.

Moją uwagę przykuła informacja o tym, że Wojciech Mann w rozmowie z Tomaszem Lisem stwierdził:

Ludzie się wstydzą tego, że mają polskie obywatelstwo – ja mówię o ludziach rozumnych i takich, którzy kawałek świata widzieli.

Nie wiem jakim prawem Mann wypowiada się za innych ludzi. Moim zdaniem chce w ten sposób pomnożyć przez milion swoją własną niechęć do polskości i fałszywie wykazać, że nie tylko on tak ma. Przypomina to słowa z „Czterdziestolatka”, kiedy grany przez Kazimierza Rudzkiego profesor mówi do młodego studenta Karwowskiego:
– „Wszyscy” nie istnieją. „wszyscy” to „ja” pomnożone przez milion.

Trzeba jednak przyznać, że popularny pan Wojtek wybrał sobie najlepszego z możliwych spowiednika, aby splunąć na polskość. Wszak Tomasz Lis to redaktor naczelny niemieckiej gazety dla Polaków, „Newsweeka” i pewnie w razie ognia mógłby pomóc panu Wojtkowi w załatwieniu volkslisty. Nie byłoby z tym najmniejszych problemów, ponieważ przodkowie Wojciecha Manna to osiadli kiedyś we Lwowie niemieccy koloniści z Nadrenii, a jego ojciec po wojnie został skazany na sześć lat więzienia za kolaborację z niemieckim okupantem. Co ciekawe wyrok odsiadywał razem z pisarzem Alfredem Szklarskim, autorem słynnej serii powieści przygodowych o Tomku Wilmowskim. Obaj mieli identyczne zarzuty, czyli publikowanie w niemieckich okupacyjnych gadzinówkach.

Tak się składa, że całkiem niedawno czytałem na niemieckim Onecie inny tekst poświęcony Wojciechowi Mannowi, a właściwie jego książce „Głos”, której spore fragmenty zacytowano. Potwierdziło to tylko, że jest on człowiekiem wyjątkowo cynicznym, zakłamanym, fałszywym i obłudnym. Na przykład porównując dzisiejszą Polskę z PRL-em, Mann mówi:
Czasami wraca nadzieja, którą żywiłem za komuny, że będę świadkiem, jak to piep**nie.

Otóż panie Wojtku muszę przyznać, że czas oczekiwania aż komuna pieprznie spędził pan w bardzo cieplarnianych warunkach. Już w 1967 trafiłeś pan do radiowej „Trójki” utworzonej decyzją Biura Politycznego PZPR i za osobistą zgodą towarzysza Władysława Gomułki. Jako „człowiek rozumny, który widział kawałek świata” musiałeś pan wiedzieć, że mateczka partia wyraźnie oczekiwała o „Trójki” odciągnięcia młodzieży od zachodnich stacji, co miało ułatwić komunistyczną indoktrynację młodych Polaków.

Trzeba też powiedzieć, że partia matka ze zrozumienie podeszła do tych pańskich oczekiwań, jak to wszystko piep**ie. Aby zabić czas tego nudnego oczekiwania, dostawałeś pan, panie Wojtku paszport od komuchów i wykorzystywałeś go wielokrotnie, podróżując od Szwajcarii po Stany Zjednoczone. Zapewniam, że ci wszyscy, którzy rzeczywiście czekali na upadek komunizmu w tamtych czasach, o paszportach nawet nie śmieli zamarzyć. Zobaczmy, jak Mann w swojej książce opisuje swoją walkę o to, aby nawet za komuny „poczuć się wolnym”:

Podejmowałem różne wysiłki, żeby czuć się wolnym cały czas. Było to bardziej albo mniej skuteczne. Lecz pamiętam chwile, kiedy odczuwałem, że zdjęta została ze mnie czapka ograniczenia. Na przykład zupełnie niechcący zatrudniłem się w Organizacji Narodów Zjednoczonych w Genewie. To były lata 70., już studiowałem anglistykę.

No proszę, tu strzelają do robotników na Wybrzeżu. W Radomiu i Ursusie walczącym i wierzącym, że „to wszystko piep**nie”, ZOMO organizuje ścieżki zdrowia, a w czepku urodzony „antykomunista” Wojciech Mann „zupełnie niechcący” ląduje w Genewie i trafia do ONZ nafaszerowanego komunistyczną agenturą jak dobry keks bakaliami.

Odczuwam w wynurzeniach pana Wojtka Manna pewien nielogiczny zgrzyt i kakofonię niezestrojonych dźwięków. Skoro cały czas podkreśla ten swój mentalny i bliski związek z ludźmi „rozumnymi, którzy zobaczyli kawałek świata” to, do kogo adresuje te swoje fałszywe legendy i kłamliwe bajeczki? Przecież uwierzyć w te opowiastki Manna mogą tylko zwykli kretyni, tępe sznury i wyjątkowo prymitywne tłuki. Prawda jest taka, że nie ujmując nic z wdzięku i sprytu, na naszych oczach swój życiorys fałszuje wyjątkowy cwaniaczek, manipulator i konformista, któremu udało się być pupilkiem aż dwóch niszczących Polskę systemów – PRL-u i III RP.

Mirosław Kokoszkiewicz

Tekst ukazał się w tygodniku „Warszawska Gazeta

Czym żyje Polska i Świat dowiesz się z najnowszej

Oglądaj BiznesInfo.tv

Inspirujące historie poznasz w i