Bogaty jak troll

Ile można zarobić, szerząc propagandę polityczną i biznesową w Internecie?

Jeszcze 20 lat temu słowo „troll” było znane wąskiemu kręgowi czytelników literatury fantasy i graczom w gry role-play (polegających na „przeżywaniu” przygód w mitycznych światach, według scenariusza jednego z graczy – zwanego mistrzem gry). Jeszcze niedawno nazwa ta była trochę pogardliwym, a trochę żartobliwym określeniem internauty, który prowokuje innych użytkowników Internetu. Wpływ trolli na użytkowników takich popularnych portali społecznościowych jak Facebook czy Twitter szybko został dostrzeżony przez komercyjne firmy. Dziś troll to już pełnowymiarowy zawód. W zależności od zlecenia albo wychwala produkt (książkę, film, polityka czy nowy telefon), albo robi wszystko, aby mu zaszkodzić. W pełnym wymiarze godzin (8 h dziennie przed komputerem) internetowe trolle zarabiają od 2 tys. do 5 tys. zł miesięcznie. Najlepsi jednak potrafią osiągnąć dochody rzędu 15–20 tys. miesięcznie. Różnice wynikają z tego, kto jak umie sobie radzić w rzeczywistości wirtualnej, czyli przyciągać widzów (obserwujących, podających dalej przygotowane informacje), inspirować tematy i wreszcie przekonywać do swoich racji. Ostrożnie szacuje się (oficjalnie nikt nie chce się przyznawać, że świadczy takie usługi), że ten biznes w Polsce (manipulowanie konsumentami przy pomocy spreparowanych odpowiednio komunikatów) warty jest już ponad miliard zł.

Współcześni klakierzy

W XIX wieku popularność zdobyła tzw. klaka (z franc. claque). Polegało to na tym, że na przedstawieniach część publiczności była opłacona po to, aby nagrodzić sztukę dużym aplauzem. Działał tutaj efekt tłumu: ludzie, widząc, że inni wyrażają aprobatę, zaczynali się przyłączać. Nikt nie chciał samodzielnie mieć innego zdania niż wydawałoby się większość (czasem była to bardzo głośna mniejszość). Klaka nie była wynalazkiem Francuzów w XIX wieku. Już w Cesarstwie Rzymskim cesarz Neron kazał 5 tys. legionistów oklaskiwać swoje występy. Tyle że w XIX wieku stało się to niemal przemysłem. Powstawały przedsiębiorstwa gwarantujące aplauz. Czasem sami autorzy sztuk teatralnych (lub reżyserzy) wykupywali część biletów na przedstawienie, aby rozdać je wśród znajomych właśnie w zamian za aplauz.

Dziś rolę współczesnych klakierów pełnią internetowi trolle. Zajmują się lansowaniem produktów lub konkretnej mody. Najwięcej jednak powiedziano na temat trolli w kontekście walki politycznej. Partie polityczne dość szybko stworzyły własne zespoły trolli, zwane „farmami”. Liczące od kilku do kilkudziesięciu osób zespoły mają obowiązek dobrze pisać o „swoim” kandydacie czy partii i deprecjonować przy okazji konkurentów. Im troll bystrzejszy, tym bardziej skuteczny. Trolle na ogromną skalę posługują się fałszywymi informacjami (tzw. fake newsami). Z punktu widzenia nadawcy komunikatu nie ma bowiem znaczenia, czy informacja jest fałszywa, czy prawdziwa (lepsze są prawdziwe, ale nie jest to warunek ich skutecznego oddziaływania). W wielkim elektronicznym Hyde Parku (czyli miejscu, gdzie każdy może wszystko mówić) wygrywają, czyli zdobywają widzów, nie teksty prawdziwe czy najlepiej zweryfikowane, ale najciekawsze. Osobną sztukę, która sprawia, iż troll jest lepiej wynagradzany, jest umiejętność tworzenia tzw. memów. To obrazki opatrzone złośliwymi i dowcipnymi komentarzami. Niektóre z nich z racji rozbawienia swoich odbiorców są podawane przez nich i rozsyłane. Taki popularny mem (lub film) nazywany jest viralem. Rozprzestrzenia się niczym wirus i może „zarazić” nawet kilka milionów (jak jest w języku angielskim, to nawet kilkadziesiąt) odbiorców. Najmniej zarabiają tzw. trolle ilościowe, czyli osoby, które kopiują i rozpowszechniają cudze wpisy. Ich wynagrodzenie waha się w granicach 30 groszy za jeden skopiowany i opublikowany komentarz.

Wstydliwy sekret

Chociaż wszyscy wiedzą, że partie polityczne i kandydaci korzystają z usług internetowych trolli, ciągle stanowi to wstydliwy sekret polityków. Wiemy o tym nie tylko z przecieków prasowych, ale także ze sprawozdań z kampanii wyborczych. Jednym z powodów zwycięstwa Andrzeja Dudy nad Bronisławem Komorowskim w wyborach prezydenckich w 2015 r. było właśnie opanowanie przez sztab wyborczy Dudy Internetu. Komunikaty sączone przez sztab przyszłego prezydenta pozwoliły wykreować wizerunek Komorowskiego jako gnuśnego starszego pana, który co chwila popełnia gafy. Zanim sztab Komorowskiego zorientował się, gdzie – mówiąc językiem młodzieżowym – dostaje baty, było już kampanii.

Partie nie lubią chwalić się, że płacą za korzystne komentarze w Internecie. Teraz pojawia się nowy trend: oprócz zatrudniania „szeregowych trolli” zarabiających maksymalnie po kilka tysięcy złotych wynajmuje się tzw. liderów opinii. Oni jako osoby postrzegane jako niezależne, mające własny dorobek i często będące bardzo rozpoznawalne, dostarczają opinie, które później „trollowe wojsko” rozprowadza w sieci. Podobnie postępują firmy. Począwszy od pisania fałszywych recenzji filmów czy książek, a na popularnych sprzętach AGD i komputerowych kończąc. W tym wypadku jednak ryzyko wpadki jest znacznie większe. Działa w Internecie coś na kształt „straży obywatelskiej”. Spora grupa świadomych użytkowników namierza tych, którzy piszą płatne komentarze i stara się pozbawić ich wiarygodności. Jeszcze inną metodą jest pobieranie opłat za członkostwo na stronach, które uprawnia do pisania recenzji. Taki sposób ograniczenia manipulacji stosuje np. największy na świecie serwis poświęcony filmom i serialom www.imdb.com. Na opłaty mogą sobie pozwolić tylko najlepsi. Warto porównać oceny filmów przed pójściem do kina na polskich stronach i właśnie na imdb. Zwykle te z polskich stron są o kilka punktów (w skali od 1 do 10) zawyżone. Widać bowiem, że polscy dystrybutorzy korzystają ze wsparcia trolli przy promowaniu filmów.

Zawód przyszłości

Internetowy troll, czyli osoba manipulująca i wpływająca na opinię publiczną, to zawód XXI wieku. Niezależnie od prób ograniczenia tego zjawiska będzie ono w najbliższych latach rosło. Szum informacyjny sprzyja bowiem kreowaniu fałszywych newsów i manipulowania odbiorcami. Przeciętny konsument jest tak zasypywany komunikatami, że praktycznie nie jest w stanie samodzielnie, bez dłuższej pracy, ocenić czy informacja mu podana jest prawdziwa, czy nie. Ludzie żyjący z oferowania usług trollingu w Internecie tworzą całe palety „tożsamości”. Mają więc konta o poglądach „lewicowych”, „prawicowych”, „centrowych”, „samotne matki”, „starzy kawalerowie”, „młodzi gniewni” itp. Tak działająca farma próbuje inicjować debaty publiczne na ważne tematy, prowadząc spory „sama ze sobą”. Za przykład skutecznej kampanii promocyjnej przeprowadzonej przez internetowych trolli zawodowcy wymieniają promocję filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Towarzyszący premierze filmu skandal i protesty zostały – zdaniem ekspertów – celowo wywołane w Internecie, aby wywołać wśród przyszłych widzów efekt „zakazanego owocu”. Ta taktyka szczególnie dobrze sprawdza się w Polsce, gdyż Polacy są narodem przekornym. Doskonale wykreowany skandal sprawił, że przy niewielkich relatywnie nakładach na promocję „Kler” stał się hitem polskich kin. Dlatego czytając komentarze w Internecie, szczególnie te, które próbują się odnosić do naszych emocji lub przekonań, miejmy w pamięci, iż jest duże prawdopodobieństwo, iż to ktoś (wynajęty troll) próbuje nas zmanipulować w ramach swojej pracy…

Tekst opublikowany w Gazecie Finansowej 24  stycznia 2020 r.Gazeta Finansowa

Czym żyje Polska i Świat dowiesz się z najnowszej

Oglądaj BiznesInfo.tv

Inspirujące historie poznasz w i

Poprzedni artykułWybierasz Huawei, zapomnij o F-35
Następny artykułKoniec telewizji