Dominik Jasiński: Nigdy nie maluję wbrew sobie

Nigdy nie maluję wbrew sobie, mówi Dominik Jasiński, malarz, w rozmowie z Katarzyną Mazur.

Z racji zawodu słowo ma dla mnie często pierwszeństwo przed obrazem. Czytałam więc niedawno książkę, której główny bohater – pisarz – postanawia “pisać” portrety. Podczas poszukiwania właściwej formy wyrazu odkrywa, że człowiek nie jest pojedynczą postacią do opowiedzenia – dla niego człowiek jest historią. Jego “portrety” to krótkie opowiadania, w których bohaterowie odnajdują się w opisie krajobrazu czy zwierzęcia na przykład. Portretując, opowiadasz konkretnego człowieka w danej chwili, czy interesuje Cię szerszy kontekst?

Malując, jestem trochę jak żongler – zazwyczaj mam kilka obrazów na sztalugach i pracuję nad nimi w tym samym czasie. Jednocześnie do każdego obrazu podchodzę bardzo indywidualnie, bo każdy z osobna opowiada inną historię. Jestem przeciwnikiem generalizowania w każdej dziedzinie życia, również w malarstwie. Człowiek jest tak złożony, że nie sposób potraktować go jako przedmiot malarski prosto i liniowo. Dla mnie ogromne znaczenie ma to co dzieje się na obrazie wokół mojego modela – symbolika tła i jego elementów, kolory.

Osobowość i charakter portretowanego można przecież wyrazić na tak wiele sposobów, używając tylu symboli i metafor. W tym kontekście jestem chyba jak ten pisarz, który widzi człowieka w sposób nieoczywisty. To jest dla mnie z każdym obrazem zabawa i przygoda – poznać drugiego człowieka i postarać się pokazać go z mojej perspektywy. Idealnie byłoby, gdybym mógł spędzić z modelem te kilkanaście godzin przy okazji malowania portretu. Rzeczywistość jest trochę inna – nie mieszkam w Polsce i często fizycznie nie mam możliwości poznać modela tete-a-tete. Całe szczęście możemy zawsze porozmawia, pomailować… zawsze daje mi to jakąś perspektywę i wgląd w jego życie czy charakter.

Dominik Jasiński, At Dusk, 90/70 cm, olej na płótnie, 2018

W opisie Twojej najnowszej wystawy przeczytałam, że Twoje prace, tak w uproszczeniu, są mało efemeryczne. Patrząc tak na wystawę, która była prezentowana w galerii Quadrilion, jak i na inne, z trudem godzę się z takim stwierdzeniem. Często zdarza Ci się słyszeć skrajnie różne opinie na temat nie tyle samych prac, co przekazywanych przez nie emocji?

Tak, bardzo często ta sama praca odbierana jest na różne, czasami zupełnie przeciwstawne sposoby. Dla mnie to szalenie interesujące, że jeden obraz można interpretować na tak wiele sposobów. Myślę, że nie ma to nic wspólnego z tym, jak dobry czy zły jest kunszt malarski – to raczej dowód na to, jak różnimy się jako ludzie. Ja każdą opinię przyjmuję z zaciekawieniem, bo to pomaga mi w pracy. Zarówno krytyka, jak i pochwała obrazu to dla mnie pożywka do tego, by się rozwijać. Lubię brać pod uwagę to, jak inni odbierają moje malarstwo, często też „puszczam oko” w stronę odbiorcy, żeby nie było to wszystko takie sztywne…

Sztuka to dla mnie dialog z drugim człowiekiem. Ten dialog zaczyna się w mojej głowie (oczywiście z przeświadczeniem, że moje racje są tymi najważniejszymi, ale nie jedynymi), a potem dostaję informację zwrotną od oglądającego i mogę zobaczyć, jak odmiennie widzimy ten sam materiał. Różnorodność jest fajna, pozwala nam nabrać dystansu do siebie. Często zdarza się, że podczas pracy pokazuję obrazy znajomym – takie nieskończone. Już wtedy odbierane są one bardzo różnie i czasami to jest dla mnie jak drogowskaz – mogę wybrać kierunek w jakim chcę z tym obrazem się wybrać.

Z pewnością od zawsze byłem bardzo otwarty na krytykę, nie lubię wzajemnej adoracji i lukrowania sobie nawzajem, bo to zabija kreatywność. Tak jestem nauczony od czasów studenckich. Chyba najgorsze co mogłoby mi się przytrafić, to kiedy moja praca byłaby odbierana jednostronnie i każdemu by się podobała. Bo co by mi wówczas zostało jako artyście? Do czego miałbym dążyć i co zmieniać, skoro wszystko jest pięknie? Cała moja droga malarska jest dla mnie wielką przygodą i to ona jest najważniejsza. Nie stworzenie obrazu, który zbierałby tylko ochy i achy, a nabieranie doświadczenia, potykanie się i wstawanie – to daje mi dużą frajdę i energię.

Dla mnie osobiście jesteś najbardziej “chwytającym za gardło” portrecistą kobiet. Kiedy patrzę na dynamikę postaci przez Ciebie portretowanych, zastanawiam się, jak dużej bliskości z pozującym trzeba, żeby oddać go w sposób tak osobisty, niemalże intymny. Lubisz swoich modeli, modelki? Czy w ogóle ma znaczenie, jakie w Tobie budzą emocje?

Dziękuję, to bardzo miłe. Bardzo lubię poznawać nowych ludzi i zazwyczaj bardzo szybko rodzi mi się w głowie obraz, w jaki chciałbym modela przedstawić. Jeżeli tylko jest możliwość bliższego poznania i rozmowy to zawsze z niej korzystam. Czasami kiedy mam za dużo informacji o portretowanej osobie, to zdarza się, że trochę się blokuję artystycznie. Bo na przykład okazuje się, że to osoba – anioł, a mi w głowie już powstał jakiś drapieżny wizerunkowo obraz. Wtedy potrzebuję trochę oddechu, żeby nie bać się uderzenia kolorem, żeby zachować charakter obrazu zgodny z tym, co siedzi we mnie. Nigdy nie zdarzyło mi się żeby model wzbudził we mnie jakieś mega negatywne emocje, ale to wynika chyba z tego, że ogólnie podchodzę do ludzi z dużą otwartością.

Dominik Jasiński, Snow White (Me Too), 120/80cm, olej na płótnie, 2018

Podchodząc do płótna, musisz być w konkretnym nastroju? Z jednej strony artysta romantycznie kojarzy nam się z natchnionym twórcą, który pracuje, kiedy ma ku temu odpowiedni dzień. Z drugiej – uprawianie sztuki to praca jak każda inna , jeśli chce się z niej żyć – najpierw trzeba się jej nauczy, później się rozwijać, codziennie rano wstawać i malować, rzeźbić, pisać…    

Uwielbiam swoją pracę. Nie potrzebują w sumie żadnych bodźców zewnętrznych żeby malować. Proszę postawić przede mną sztalugę o każdej porze dnia i nocy – będę gotowy. Będąc studentem, prowadziłem bardzo bujne życie towarzyskie i do dzisiaj lubię spotykać się z przyjaciółmi i dzielić czas z ludźmi, ale praca zawsze była dla mnie najważniejsza. Widzę to szczególnie teraz, mieszkając na wsi. Mam dużo czasu dla siebie, ale też masę pokus wokół. Przez większą część roku pogoda cudna, ze swojej pracowni widzę basen…

Przeprowadzając się tutaj, myślałem, że trudno będzie mi się skupić na pracy, ale kiedy mam przed sobą nowe płótno, to ten basen jakoś tak schodzi na drugi plan. To bardzo ciekawe, bo z jednej strony traktuję to co robię bardzo poważnie – wstaję wcześnie, wyprowadzam psy i siadam do farb. Codziennie. W ciągu dnia mam 15-20 minut przerwy na lunch, o 21.30 kolacja. Często po kolacji wracam jeszcze do pracowni (chyba, że do kolacji leje się wino…). Pędzle nie wysychają, sztalugi (wszystkie siedem) nie są nigdy składane. Z drugiej strony ten ogień cały czas we mnie jest.

Ta malarska droga, o której wspominałem przed chwilą – to mnie motywuje, chęć rozwoju, robienie nowych rzeczy. Chyba mam też takie przeświadczenie, że zawsze maluję dla siebie. Nawet prace na zamówienie, bo przecież to jest część mnie. Należę do tych malarzy bardzo przyziemnych, z głową na karku, którzy – tak się złożyło – sami sobie są największymi krytykami, sami siebie napędzają do działania.

Czyli zdarza Ci się jeszcze tworzyć dla przyjemności, nie dla pieniędzy, w sensie na zamówienie?

Nie wyobrażam sobie prowadzenia fabryki obrazów na zamówienie. Tak jak wspominałem wcześniej – każdy obraz, niezależnie od tego, czy to zamówienie czy nie, to moja radość i energia. Nie każdego zamówienia się podejmuję, jednocześnie pracuję nad kilkoma pracami naraz, zawsze ten poziom zainteresowania (mojego) jest bardzo aktywny. Chyba dzięki temu nie mam poczucia, że robię coś na siłę. Mam nadzieję, że nie nadejdzie taki czas, kiedy będę musiał malować. Dotychczas malowanie jest dla mnie ogromną przygodą i końca nie widzę…

Jak przebiega proces tworzenia “na zamówienie”? Mówisz, że zdarza Ci się nie przyjąć zlecenia, dlaczego?

Tak, zdarza mi się odmówić (kulturalnie) pracy z klientem, jeżeli widzę, że on tak naprawdę nie potrzebuje mnie jako Jasińskiego, ale potrzebuje wprawnego pędzla, bo obraz ma już ułożony w głowie. Wie dokładnie, że tu chce mieć namalowany słonecznik, tu kokardkę na głowie, a w prawej ręce kieliszek z winem. Kiedy zaczynam rozmowę o nowym obrazie, ważne jest dla mnie raczej to, czego klient nie chce niż to, co chce. Bo przychodząc do mnie, chce mnie (mówię to bez żadnego nadęcia).

Zazwyczaj dostaję wolną rękę i zazwyczaj ta wolna ręka nie trwa długo. Zawsze na etapie pracy nad obrazem pojawiają się zmiany, na które jestem bardzo otwarty, wiem, że ostatecznie ktoś inny będzie się tym obrazem cieszył i chcę, żeby był naprawdę zadowolony Zdarzają się klienci bardziej wymagający, ale praca z człowiekiem zawsze powinna się opierać na dialogu. Na studiach zdarzyło mi się popełnić kilka obrazów, których teraz bym się nie podjął. Jestem asertywny i nie mam problemu z zakomunikowaniem, że jak ten słonecznik tu namalujemy, to będzie ze szkodą dla obrazu. Szanuję zdanie kogoś, kto obraz zamawia, a jednocześnie nigdy nie maluję wbrew sobie.

Współpracujesz z markami modowymi. Po co Ci to? Wychodzisz dzięki temu ze swoją sztuką do szerokiego odbiorcy?

Każdy projekt wychodzący poza ramy płótna to dla mnie wyzwanie i pewnego rodzaju odskocznia. Abstrahując od tego, że fajnie jest zobaczyć swoje „rzeczy” na innych nośnikach, taka współpraca zawsze daje mi oddech. Oczywiście ważne jest dotarcie do szerszego grona odbiorców, ale podejmuję się tylko tych projektów, które dają mi frajdę. Zazwyczaj takie działania spotykają się z ciepłym przyjęciem, ale zdarza się też dużo krytyki, że to sprzedajność, że to już nie sztuka. Każdy ma prawo do swojego zdania, jednak koniec końców tylko ja wiem, ile mi to daje oddechu i energii, żeby wrócić do sztalug. Nigdy nie byłem przeciwnikiem łączenia sztuki z działaniami bardziej komercyjnymi, wręcz przeciwnie – mi jako artyście dostarcza to zupełnie innych bodźców, to dla mnie nowa platforma przekazu i zawsze jestem na nowe propozycje otwarty.

Skoro już jesteśmy przy pieniądzach i sztuce – jakie zmiany na polskim rynku, jeśli chodzi o inwestowanie w nią, dostrzegasz na przestrzeni ostatnich 10 lat?

Z mojej perspektywy widzę ogromne zmiany na lepsze. Nawet podczas kryzysu sztuka stoi bardzo mocno, bo to dobry materiał inwestycyjny. Obrazy z czasem tylko zyskują na wartości. Ja to osobiście mocno odczuwam. Mam klientów, którzy kupują po kilkanaście moich obrazów, mam też takich, którzy kupują obrazy i nigdy ich nawet nie wieszają na ścianach (nie dlatego, że są brzydkie, ale dlatego, że nie mają na nie miejsca (śmiech). Kupują je, wiedząc, że to jest gwarant zysku, że kiedy za kilka lat będą chcieli taki obraz sprzedać, to ta inwestycja zaprocentuje. Zresztą sam kupuję obrazy innych malarzy. Część z nich wisi w mojej warszawskiej pracowni, część zabieram ze sobą do Portugalii. Od kilku lat ceny moich prac rosną, co nie ukrywam, bardzo mnie cieszy. Tym bardziej czuję się zobowiązany, żeby przez cały czas się rozwijać. Dawno temu nauczyłem się cenić swoją pracę i nie wstydzić się nadawania jej wartości bardziej wymiernej, monetarnej. Szczególnie kiedy popyt jest duży (a od kilku lat niezmiennie idzie w górę). Dużo dało mi też mieszkanie poza granicami Polski, obserwowanie jak podchodzi się do sztuki na świecie. Bo to żadna ujma kiedy za swoją pracę oczekujemy wynagrodzenia. Cały czas większa część moich prac sprzedaje się w Polsce i z pełną świadomością mogę stwierdzić, że polski rynek sztuki już dawno dogonił rynki europejskie. Być może nie na taką skalę finansową, ale z pewnością Polacy widzą, że w sztukę warto inwestować.

Mówisz o swoim życiu poza Polską, jak wpłynęło to na Twój rozwój jako artysty? Mieszkałeś w różnych miejscach na świecie, poznałeś różne kultury. To w jakiś sposób wzbogaca Twoje prace?

Z podróży czerpię jak ze studni. To fascynujące – poznawać nowe kultury, sposoby życia innych ludzi, ich upodobania muzyczne, kulinarne, religie i zwyczaje. Uwielbiam polskie tradycje i gdziekolwiek na świecie jestem – zawsze jestem dumny z bycia Polakiem. Staram się łączyć tradycje, na których wyrosłem z tym, co spotykam na swojej drodze. Z perspektywy czasu widzę też, jak podświadomie zmienia się moje malarstwo. W Kuwejcie prawie przestałem używać czerni, moje kolory były jakby bardziej przejrzyste. Mieszkałem nad samą Zatoką Perską i codziennie budziło mnie ostre światło, które w ciągu dnia ustępowało kurzowi i piaskowi w powietrzu.

Odkryłem wtedy tyle odcieni żółtego, że życia by mi się wystarczyło, żeby je odwzorować. Po powrocie do Europy odżyłem. Otaczają mnie same soczystości (w rozumieniu kolorów przyrody), które dają mi odwagę poruszania się wśród mocnych tonów kolorystycznych i kontrastów. Najgorsze, co może spotkać malarza, to brak odwagi i zamykanie samego siebie w szufladzie. Mieszkanie w kilku miejscach na świecie z pewnością mi taką odwagę dało. Żeby nie bać się „przyłożyć” nagle ostrego różu obok zieleni. Bo co się może stać? W najgorszym wypadku ten obraz mi się nie spodoba, ale już następny będzie lepszy. Jeszcze kilka lat temu zamalowywałem obrazy, z których byłem niezadowolony.

Zamalowywałem prawie wszystkie i zapewne robiłbym tak po dziś dzień, tylko po co. Zmienia się świat, zmieniam się i ja. To, co wydawało mi się pociągające wczoraj, już dzisiaj jest nudne i banalne. Zaletą bycia artystą jest to, że mogę kreować rzeczywistość jaka mnie otacza każdego dnia od nowa i nikomu nie muszę się z tego tłumaczyć. A im więcej podróżuję i im więcej ludzi poznaję, tym bardziej ta rzeczywistość jest bogata. Człowiek (każdy, nie tylko artysta) z otwartym umysłem ma w życiu łatwiej.

Wspierasz innych artystów, nie tylko kupując ich prace. Dlaczego?

Pamiętam czasy kiedy nie stać mnie było na kupienie płótna, pamiętam też takie, kiedy nie stać mnie było na wynajem mieszkania, nie wspominając już o nowych butach czy takich tam fanaberiach. Miałem dużo szczęścia, bo trafiłem na ludzi, którzy mi pomogli – poukładali mi głowie, że kiedy się bardzo czegoś chce, wystarczy ciężko popracować i wszystko jest możliwe. Wiem, jak trudno jest przebić się młodemu artyście i zacząć pokazywać swoje prace. Ta moja pomoc to nic nadzwyczajnego, to bardziej danie szansy na pokazanie się, a czy ktoś już tą szansę będzie chciał wykorzystać, to zależy tylko od niego. Nikt nie zrobi nic za ciebie – bez pracy (i to naprawdę ciężkiej pracy) trudno jest cokolwiek osiągnąć. Banalnie to brzmi, ale też bardzo prawdziwie.

Co sprawia, że jednemu artyście się udaje, innemu nie? Co w Twoim przypadku sprawiło, że dziś możesz żyć ze sztuki?

Ciągle wspominam, że ciężka praca, że dyscyplina… a tak naprawdę to również dużo szczęścia i przypadku. Ja osobiście nauczyłem się nie palić mostów i traktować ludzi wokół z szacunkiem. Nigdy nie wiadomo z kim tak naprawdę rozmawiamy. Myślę, że udaje się tym, którzy wiedzą, że robią wartościowe rzeczy i nie boją się świata. W moim przypadku pewien, nazwijmy to, sukces, zawdzięczam swoim profesorom i nauczycielom i szacunkowi dla tradycji. Myślę, że bez solidnej bazy i takiej podstawowej pracy bardzo ciężko jest cokolwiek osiągnąć. Ja wcześnie nauczyłem się szanować historię i przyjmować krytykę – niekoniecznie powielać te ścieżki w swojej pracy, ale z pewnością je zrozumieć, przemielić i przetworzyć. I ciągle się uczyć. Dwa tygodnie temu zapisałem się na zorganizowane u nas na wsi zajęcia z rysunku z modela. Znowu czuję się jak w szkole i znowu przebywanie z innymi artystami daje mi ogromną motywację.

Dominik Jasiński, The Ugly Duckling (Chrysalis), 100/70 cm, olej, akryl na płótnie, 2018

Kiedy patrzysz na swoją artystyczną ścieżkę wstecz – coś byś zmienił, inaczej zrobił, zaplanował?

Nie lubię rozpatrywać przeszłości, wolę skupić się na tym, co chcę osiągnąć w przyszłości. Oczywiście są decyzje, których żałuję, ale idziemy do przodu. Staram się nie negować tego, co żałuję, ale przekuć to w nowe, owocne doświadczenia. Nie warto użalać się nad sobą i rozpatrywać tego, na co i tak nie ma się już wpływu. Trzeba spiąć dupkę i iść dalej, pracować i – co najważniejsze – żyć! Doceniać to co wokoło, jeść dobre jedzenie, pielęgnować przyjaźnie. Trochę utopijnie to brzmi, ale proszę mi wierzyć – to działa.

Zobacz także: Konrad Szukalski: Inwestując w sztukę, inwestujemy w siebie.

Czym żyje Polska i Świat dowiesz się z najnowszej

Oglądaj BiznesInfo.tv

Inspirujące historie poznasz w i