Patrzeć przez pryzmat dźwięku

Z Marcinem Wasilewskim, Michałem Miśkiewiczem i Sławomirem Kurkiewiczem, muzykami Marcin Wasilewski Trio, rozmawiała Katarzyna Mazur.

Czy po 25 latach wspólnego grania jeszcze się czymś zaskakujecie wzajemnie?

Marcin Wasilewski: Zaskakujemy się przede wszystkim na scenie. To jest jeden z wielu, ale bardzo istotny element, który powoduje, że nadal ze sobą gramy. Myślę, że pielęgnujemy podświadomie takie podejście do muzykowania. Ten element wzajemnej ciekawości pozwala nam utrzymać na scenie świeżość i kreatywność.

Michał Miśkiewicz: Muzyka improwizowana trochę tego wymaga, żeby się zaskakiwać. Jak się wpadnie w rutynę, raczej można myśleć o kończeniu muzycznej przygody. Musimy się zaskakiwać, robimy to intuicyjnie. Znając się tak dobrze, wiemy, czego unikać na scenie.

Sławomir Kurkiewicz: Dzięki temu wspólnie przebytemu dystansowi wiemy, jak sobie pomagać w trudniejszych momentach, kiedy na przykład fizycznie któryś z nas się gorzej czuje, czy instrumenty na przykład nie są najlepsze. Wiemy, jak przez to przebrnąć, żeby finalnie koncert był udany. Bo na tym to polega, że gramy koncerty od 25 lat i chcemy, żeby każdy był zapamiętany przez publiczność jako wyjątkowy. Nasi słuchacze mają być zachwyceni i uniesieni, a warunki nie zawsze temu sprzyjają. Na szczęście od 25 lat z trudnych sytuacji udaje nam się wyjść obronną ręką.

Zaskakujemy się przede wszystkim na scenie. To jest jeden z wielu, ale bardzo istotny element, który powoduje, że nadal ze sobą gramy.

Użyłeś Sławku słowa „wspólnie”. Kiedy rozmawiam z artystami grającymi w zespołach, pojawia się w mojej głowie pytanie: jak kilka artystycznych indywidualności i osobowości pogodzić na jednej scenie?

Marcin Wasilewski: W muzyce, w jazzie konkretnie, najważniejsza jest sama muzyka, jej brzmienie, przekaz. Z naszego doświadczenia wynika, że najwięksi artyści, którzy zajmują się tą dziedziną, patrzą przez pryzmat dźwięku, nie swojego ego. Cały zespół pracuje na to, żeby ten ostateczny kształt był jak najlepszy. Po tym można poznać poziom muzyka: jeśli jest wysoki, to on nie będzie pracował na swoje ego, żeby zabłysnąć w fałszywy sposób, tylko będzie słuchał tego, co grają jego koledzy.

Sławomir Kurkiewicz: Dzięki demokratycznemu podejściu do osiągnięcia wspólnego brzmienia tworzy się nową, wyjątkową jakość.

Michał Miśkiewicz: Mamy też to szczęście, że od początku dosyć telepatycznie się rozumiemy na scenie i to bardzo ułatwia współbrzmienie.

Co spowodowało, że jako młodzi ludzie uznaliście, że będziecie muzyką żyć i z muzyki żyć?

Michał Miśkiewicz: Dla mnie to było naturalne, bo pochodzę z rodziny muzycznej, Henryk Miśkiewicz jest moim tatą. Jazzu słuchałem od urodzenia. Chyba dlatego bardzo szybko pojawiła się u mnie pasja do perkusji jazzowej. Równie szybko nabrałem pewności, że chcę i będę grał zawsze.

Marcin Wasilewski: Wszyscy chodziliśmy do szkół muzycznych. Było więc dla nas normalne, że będziemy grać. Po to się uczyliśmy. Oczywiście nie mieliśmy pewności, że to będzie nasz zawód, że tylko z grania będziemy żyli, jednak mamy to szczęście, że dosyć szybko znaleźliśmy zajęcie zgodne z naszą pasją i wykształceniem. Pierwsze kroki stawialiśmy w BWA w Koszalinie, gdzie do tańca graliśmy muzykę jazzową. Otrzymywaliśmy za to pierwsze drobne pieniądze. Później poszło już szybko.

Sławomir Kurkiewicz: Granie przed publicznością pokochaliśmy od pierwszego dźwięku, od razu stało się naszą pasją. Myślę, że głównym czynnikiem, który na to wpłynął, było odkrycie, że potrafimy improwizować. To pozwoliło nam na odsunięcie całego wstydu i niepokoju związanego z muzyką klasyczną, z tym, że trzeba nauczyć się jakiegoś materiału i później bezbłędnie wykonać go na koncercie. My w zasadzie mamy wolność i możemy grać, co chcemy. Przyjemność, jaka z tego płynie, jest na tyle silna, że wśród większości naszych znajomych muzyków jazzowych i u nas samych jest to po prostu kompulsywne. Chce nam się grać, improwizować. To jest napęd, który sprawia, że nie ma się planu, że chce się zostać muzykiem, tylko się to robi, bo się to kocha.

Jazz, chciał nie chciał, ma cały czas łatkę muzyki trudnej, ambitnej, dla wymagających. Wy go odczarowujecie. Jak?

Marcin Wasilewski: Ważne, żeby muzyka, jakakolwiek, była komunikatywna. Nawet jeśli to jest awangardowy free jazz, on też musi mieć swoich odbiorców. Oczywiście ma ich stosunkowo mniej, bo ta muzyka jest trudniejsza w odbiorze, kiedy dla szerszej publiczności muzyka ma być bardziej przyjemnością, ma być mniej skomplikowana, prosta. Oczywiście nie mówię o jakiejś łupance, która robi dziury w mózgu. Wydaje mi się, że my gramy muzykę komunikatywną i mimo że jest to jazz, ludzie go kupują, lubią. Bo jest i łagodna, i ostrzejsza, i dynamiczna, i balladowa. Jednym słowem różnorodna. Grając muzykę, staramy się pokazać kunszt muzyczny, i pasję, i chęć improwizacji, o czym Sławek wcześniej mówił. W tym, co słyszy odbiorca, w tej improwizacji, musi być coś pociągającego. Ktoś, kto przychodzi na nasz koncert, powinien poczuć, że wtapiamy się, wkręcamy w muzykę i tworzymy tu i teraz. Dla niego.

Sławomir Kurkiewicz: Wydaje mi się także, że wykorzystujemy zjawisko mody, które można zaobserwować w popkulturze. Poza tym ludzie po prostu lubią sięgać po bardziej wyrafinowane formy sztuki. Być może mają dzięki temu poczucie, że to ich nobilituje, może uważają, że się wewnętrznie rozwijają. Słuchanie jazzu to jest obcowanie z czymś nieco głębszym niż tylko czysta rozrywka telewizyjna.

Marcin Wasilewski: Myślę, że lepszy odbiór naszej muzyki, mimo że nie uchodzi za najłatwiejszą, jest możliwy także dzięki jakości nagrań. Współpracujemy od lat z wytwórnią ECM Records i za każdym razem, kiedy nagrywamy z nimi płytę, jesteśmy pod wrażeniem. Finalny dźwięk jest bardzo dobry, wręcz mogę użyć tu słowa piękny. Dzięki temu nasza muzyka jeszcze lepiej brzmi. Myślę, że audiofile, korzystający z nowoczesnego sprzętu, a dodatkowo fani jazzu docenią fakt, że na naszych płytach wyraźnie można usłyszeć wszystkie niuanse: talerze, basy, dźwięki fortepianu i inne szczegóły.

Michał Miśkiewicz: Dodam jeszcze tylko, że robimy chyba muzykę, rodzaj jazzu, który większości ludzi się podoba. Myślę, że atutem naszego grania jest przejrzystość.

My w zasadzie mamy wolność i możemy grać, co chcemy. Przyjemność, jaka z tego płynie, jest na tyle silna, że wśród większości naszych znajomych muzyków jazzowych i u nas samych jest to po prostu kompulsywne. Chce nam się grać, improwizować. To jest napęd, który sprawia, że nie ma się planu, że chce się zostać muzykiem, tylko się to robi, bo się to kocha.

Jak godzicie swoje własne potrzeby muzyczne z potrzebami odbiorców?

Marcin Wasilewski: Pamiętam nasze pierwsze kroki. Pomijając nasze pierwsze koncerty w BWA, gdzie ludzie tańczyli do standardów, a my się uczyliśmy ich grać, później graliśmy w rozmaitych miejscach, czasami wręcz po piwnicach jakichś. (śmiech) Pamiętam, że mówiłem do chłopaków, że każdy koncert musi być szczególny, publiczność musi nas „kupić”. Każdy koncert ma tak wyglądać, jakby miał być ostatnim. Nie można iść na skróty, odpuszczać. Każdy koncert to jest nowe wyzwanie, nowa publiczność, tu i teraz. Nieważne, czy słucha nas kilka osób czy 100, 200, 1000. Musi im się podobać. Jestem przekonany, że to jest podstawa bez względu na to, jaki grasz rodzaj muzyki: to, że umiesz przekonać do siebie ludzi, którzy cię słuchają.

Sławomir Kurkiewicz: Bez względu na to, jaką muzyką się gra, publiczność od razu dostrzega podejście muzyków. Jest w stanie wyczuć, czy artysta, jest wiarygodny, czy to co robi jest autentyczne, czy może jednak trochę „ściemnione”. Wydaje mi się, że dzięki temu w ogóle sztuka bardziej zaawansowana dociera do ludzi.

Michał Miśkiewicz: Ludzie wyczuwają najlepiej najprostsze emocje. Trudno jest się znać na wszystkim: na formie muzyki, na harmoniach, na skomplikowanych rytmach, a emocje, które są najistotniejsze w podstawowym przekazie, są dość łatwe do rozpoznania. To one ludzi najbardziej interesują i to je najlepiej wyczuwają. W naszym graniu te emocje są obecne, dzielimy się nimi. Porozumienie między nami a publicznością jest silne właśnie dzięki temu.

Sławomir Kurkiewicz: Nawet jeśli ktoś się nie zna na muzyce, potrafi się nią zafascynować, bo wyczuwa ten przekaz, jaki wysyłamy. Emocje podczas koncertów są prawdziwe, nie da się ich zakłamać. To jest prawda w najczystszej postaci. Z drugiej strony, wyrafinowany słuchacz też może usłyszeć bardziej skomplikowane rzeczy. Ale finalnie ten obraz musi być pełny zarówno dla znawcy tej materii, jak i laika.

Żeby nie było tylko muzycznie: w jaki sposób każdy z Was się od muzyki odcina i ładuje baterie?

Marcin Wasilewski: Ja ładuję baterie mojego roweru hybrydowego i śmigam. Do lasu rowerem jeżdżę, po górach także, choć nie ekstremalnie. (śmiech)

Sławomir Kurkiewicz: Ja odprowadzam córkę do szkoły przez park codziennie. Robię w ten sposób 6 km. To już jest wynik, który, tak słyszałem, może uchronić przed zawałem serca. (śmiech) W każdym razie nie mam wątpliwości co do tego, że każdemu z nas jest potrzebny taki moment, taki czas, żeby się wyciszyć, przewietrzyć głowę. Po takich przerwach granie nabiera nowego wymiaru.

Michał Miśkiewicz: Ja nie chodzę, ale stroję w korku 12 km przez około 40 minut, zależy od dnia. To może z kolei doprowadzić do zawału. (śmiech) A poważnie, dużo czasu poświęcam rodzinie. Staram się również wyciszać umysł tak często, jak się da, może nie profesjonalną medytacją, bo raczej takiej nie uprawiam, ale swoją własną.

Czym żyje Polska i Świat dowiesz się z najnowszej

Oglądaj BiznesInfo.tv

Inspirujące historie poznasz w i