Rozedrganie kontrolowane

Z Katarzyną Zawadzką, aktorką, rozmawiała Katarzyna Mazur.

Katarzyna Zawadzka, fot. Bartosz Maciejewski

Kiedy nabrałaś pewności, że chcesz grać?

Przez wiele lat tańczyłam. Moim marzeniem była szkoła baletowa, oczami wyobraźni widziałam siebie w takiej przestrzeni artystycznej. Ale była za daleko od mojego miejsca zamieszkania, czasy inne, rodzice nie mogli sobie pozwolić, żeby mnie tam wysłać, więc poszłam do amatorskiego zespołu tańca ludowego w którym tańczyłam przez kolejne 14 lat. Kochałam to, ale wiedziałam, że przyjdzie moment, kiedy w tańcu więcej już nie zrobię. Amatorsko tak, ale zawodowo może być ciężko, a interesowała mnie tylko profesjonalna ścieżka. Wtedy narodziła się w mojej głowie myśl, żeby poszukać czegoś pokrewnego, czegoś, dzięki czemu będę mieć styczność ze sceną, możliwość wyrażania emocji przez ciało. Poza tym mój tata był bardzo zainteresowany światem teatralnym, prowadził kabaret przez lata, podsyłał mi więc a to informacje o konkursach recytatorskich, a to o jakichś innych formach wyrażania siebie. Naturalnie przerodziło się to w pomysł na życie. Nie mogę jednak powiedzieć, że od zawsze wiedziałam, że chcę grać. To aktorstwo do mnie przyszło, dojrzało we mnie, choć nasza droga na początku nie była łatwa. Dwa razy zdawałam do szkoły aktorskiej w Warszawie, raz do Łodzi i się nie dostawałam. Za czwartym razem, za pierwszym podejściem, dostałam się do Krakowa. Znaczy byłam zdeterminowana.

Przeświadczenie, że to jest to, musiało być w Tobie bardzo silne, skoro się nie poddałaś.

Szczerze? Z perspektywy czasu jestem sobą zadziwiona, że miałam taki upór w tym temacie i że mnie te porażki nie zniechęciły. Nie wiem, jak by było teraz. Jak o tym myślę, skoro już przywołałyśmy ten temat, to chyba faktycznie głęboko we mnie musiało tkwić przekonanie, że to jest dla mnie naturalna droga i że to się w końcu, tak czy inaczej, wydarzy. (śmiech)

Pamiętasz, jakie towarzyszyły Ci emocje, kiedy dowiedziałaś się, że dostałaś pierwszą rolę?

Mam w sumie dwa wspomnienia związane z pierwszymi rolami. Najpierw, kiedy miałam 17 lat, znalazłam się na castingu do filmu Radosława Piwowarskiego. Konkurowałam ze świętej pamięci Anią Przybylską i ostatecznie to ona dostała główną rolę, ale w związku z tym, że byłam w czwórce dziewczyn, które były mocno brane pod uwagę, to Radosław Piwowarski zaproponował mi epizod. Pierwszy raz stąpałam wtedy po planie filmowym. To był film „Królowa chmur”. Bardzo się cieszę z tego doświadczenia, między innymi dlatego, że pierwszą osobą z którą się zetknęłam na planie, pierwszą, z którą zagrałam, była pani Danusia Szaflarska. Miałyśmy tam jedną zabawną sytuację. Pamiętam ją jak dziś. Miałyśmy scenę, w której musiałyśmy szarpać się o talerz z jedzeniem. W którymś momencie miało ono wylądować na mojej sukience. Niestety ja nie wiedziałam, że na próbach nie można tego robić na serio, tylko trzeba markować. Przejęta swoim zadaniem, wywaliłam wszystko: w tym dżem, masło, same ciężkie rzeczy do uprania, na moją białą sukienkę. Później nie można dla mnie było znaleźć nowej, czystej, więc córka Radosława Piwowarskiego, która asystowała przy filmie, pożyczała mi swoją. Na to wszystko Danusia Szaflarska powiedziała coś w stylu: niech jej ktoś powie, że na próbach się markuje! Cudowne wspomnienie. (śmiech) Pierwszą natomiast znaczącą rolę dostałam u fantastycznej reżyserki, świętej pamięci Barbary Sass. Wychodząc z castingu do tego filmu pomyślałam, że fajnie byłoby zagrać cokolwiek u pani Barbary, a tu nagle dowiedziałam się, że mam główną rolę. Niesamowite emocje.

Katarzyna Zawadzka, fot. Bartosz Maciejewski

Wspomniałaś o dwóch wybitnych osobowościach – aktorce i reżyserce. Masz swoje zawodowe autorytety?

Mam kilku takich reżyserów, u których chciałabym zagrać, i kilu takich, u niektórych jest to już niemożliwe, ale uwielbiam ich oglądać. Tak jest na przykład z Andriejem Tarkowskim. Jego filmy nie są łatwe, ale pociąga mnie i fascynuje coś niedopowiedzianego, coś, co jest zawarte między słowami. Te sączące się przez pięć minut sceny, w których nic specjalnie się nie dzieje, a tak naprawdę jest wypowiedziane wszystko. Tam jest niebywały rodzaj metafizyki, czegoś transcendentnego. To mnie w sztuce fascynuje. W ogóle jestem oczarowana kulturą Rosji, tym co się tam wydarza w aspekcie sztuki. Czy to jest literatura, czy to jest muzyka, czy kino, nie ma znaczenia. Doskonałe filmy robi też Andriej Zwiagincew. Oglądałam je po kilka razy. Na „Lewiatanie” byłam chyba trzy razy z rzędu. To kino się czuje bardziej niż widzi. Z literatury upodobałam sobie Dostojewskiego w pewnym momencie życia, choć pamiętam, że jak miałam 15 lat i tata zaczął mi podsuwać literaturę, którą powinnam według niego przeczytać, to nią gardziłam i twierdziłam, że nie będę do tego nawet zaglądać. Po kilku latach się w tym rozsmakowałam. Mam teraz przyjemność grać w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa w Laboratorium Dramatu i wcielenie się w rolę Małgorzaty jest spełnieniem mojego marzenia. Jestem też mocno osadzona w dokumentalistyce. Lubię do niej sięgać bardziej niż do fabuły. Może dlatego, że dokument opowiada o czymś namacalnym, realnym, prawdziwym. Moim mistrzem jest Werner Herzog. Uwielbiam jego dokumenty, choć filmy fabularne też są fantastyczne.

Powiedziałaś, że fascynuje Cię to co realne, oparte na rzeczywistości, a Twój zawód jest kreacją, jest tworzeniem czegoś, co do końca rzeczywiste nie jest. Jak się w tym odnajdujesz?

Rzeczywiste nie jest tu i teraz, bo jest wykreowane w odpowiedzi na potrzebę, ale z drugiej strony przez kreowanie tych rzeczywistości, czy charakterów, które odgrywamy, opowiadamy często o rzeczach uniwersalnych: o ludzkich namiętnościach, cierpieniach, radościach, które są czymś namacalnym, realnym, których każdy z nas doświadcza na przestrzeni swojego życia. Opowiadamy o tym, starając się wytworzyć lustro na daną chwilę, na ten moment, żeby ludzie, którzy przychodzą i to oglądają, mogli spojrzeć na swoje historie, coś zobaczyć, coś zrozumieć, czegoś doświadczyć, oczyścić to, co w sobie noszą.

Aktorstwo do mnie przyszło, dojrzało we mnie, choć nasza droga na początku nie była łatwa. Dwa razy zdawałam do szkoły aktorskiej w Warszawie, raz do Łodzi i się nie dostawałam. Za czwartym razem, za pierwszym podejściem, dostałam się do Krakowa. Znaczy byłam zdeterminowana.

Stając przed kamerą z jednej strony spełniasz swoje marzenie, swoją potrzebę. Z drugiej strony masz widza – co chcesz mu dać swoją grą?

Już na etapie szkoły filmowej zależało mi na tym, żeby dać widzowi prawdę. To jest dla mnie szalenie ważne w zawodzie. Mimo tego, że wychodzisz na scenę i masz świadomość, że to co grasz, nie jest do końca realne, wytwarzając pewnego rodzaju prawdę o tym, dając temu prawdziwe emocje, dajesz szansę widzowi przejrzenia się w tym świecie, w tobie jako wykreowanej na ten moment postaci. Najważniejsze zawsze było dla mnie, żeby te emocje, które wychodzą ze mnie, były prawdziwe, choć wykreowane w sztucznej sytuacji.

Katarzyna Zawadzka, fot. Bartosz Maciejewski

Mówisz o emocjach, o tym, że Twoja praca to praca na nich. Twój zawód jawi mi się jako wydobywanie z siebie i podsycanie rolą tego, co w Was aktorach drga, co jest najdelikatniejsze. Jak sobie radzisz z tymi emocjami? Masz jakieś metody na to, żeby się oczyścić z roli, wrócić do siebie, złapać równowagę?

Dzięki swojemu opiekunowi roku Janowi Peszkowi myślę o tych emocjach w aktorstwie trochę inaczej. Wpajał nam, że ten zawód nie musi być wykańczający przez to, że używasz emocji, jesteś rozedrgany, tylko może być autoterapeutyczny. Dzięki temu kiedy gram, czuję większą równowagę, niż w momentach, kiedy mam jakieś przestoje. Rozedrgana jestem od dziecka. Zawsze byłam bardzo emocjonalna, potrafiłam operować tymi emocjami na różne sposoby i wedle swoich potrzeb. Myślę, że robiłam to bardzo dobrze. (śmiech) To rozedrganie spowodowało, że zostałam aktorką, że poszłam w takim kierunku. Jak tańczyłam, to rodzaj takiego rozedrgania emocjonalnego mogłam spalić poprzez ruch, taniec. W aktorstwie emocje mogę przelewać na postaci. To daje mi rodzaj pewnego oczyszczenia. Kiedy wydarza się w moim życiu coś, co powoduje we mnie np. złość, to mając do zagrania coś podobnego, mogę przelać te emocje na postać, To jest naprawdę bardzo oczyszczające i zdrowe. U mnie to działa w ten sposób. Jeśli chodzi o trudność, ona jest wtedy, kiedy przez dłuższy czas jesteś osadzona w ciężkim temacie, musisz go zgłębiać, albo w świecie, w którym rzecz się dzieje, jest rozgrywana akcja, jest nieprzyjemnie, niewygodnie a ty musisz na jego temat dużo czytać, oglądać, żeby się przygotować. W takich sytuacjach lubię sobie pomedytować, chodzę na jogę, jeżdżę konno, lubię wyjechać nad morze, do Kołobrzegu, skąd pochodzę. To mi daje zawsze odświeżenie. W ogóle wyjazdy po jakichś intensywnych pracach czy planach są dobre, bo zmieniają energetykę, odcinają siłą rzeczy od tej sytuacji, wracasz i możesz robić nowe rzeczy.

Co decyduje, że jakąś nową rzecz bierzesz, albo jej nie bierzesz?

(śmiech) Z tym, że masz wybór, to jest dość nieoczywista sprawa. Często jest tak, że bierzesz to, co do ciebie w danym momencie przychodzi. Oczywiście, bywa że jest kilka projektów, które chcą ciebie użyć, chcą cię zatrudnić, wtedy wiadomo, że szukasz najciekawszego aspektu, jakiejś wielowymiarowości czy głębokości postaci, którą masz zagrać, tematu, którego ma dotyczyć film czy sztuka. Częściej jednak jest tak, że idziesz tam, gdzie masz propozycję. W Polsce nie jest tak, że można sobie to zaplanować, mieć poukładane i mieć możliwość wyboru. Czasem rzeczy się dzieją przypadkowo, a w gruncie rzeczy później jak patrzysz wstecz i widzisz, co zrobiłeś po kolei, to to się układa w ciekawą mozaikę. Fajnie byłoby mieć cały czas możliwość wyborów, ale tak niestety się nie dzieje.

Mówisz, że trudno zaplanować sobie w tym zawodzie ścieżkę. To nie jest frustrujące?

W przestrzeni marzenia i głowy możesz sobie planować, w przestrzeni rzeczywistości niekoniecznie. Choć ciekawe jest, że jeśli w tej przestrzeni marzenia masz pewne rzeczy poukładane, to one zaczynają się wydarzać. Może to nie jest dokładnie tak, jak miałabyś to rozpisane punkt po punkcie, ale jeśli wiesz, co chcesz robić i masz cel, to wszystko się jakoś układa. I potem widzisz, że dochodzisz do tego, co zaplanowałaś. Może trochę innymi drogami, niż ci się wydawało, ale dochodzisz tam, gdzie chciałaś. (śmiech)

Słuchaj, a jaka jest w Twoim zawodowym życiu rola menedżera? To jest ktoś, kto Ci „otwiera drzwi”, czy trochę Cię kreuje?

Załatwia okołozawodowe sprawy. Ja mam agenta aktorskiego i PR-owego. Agent zawodowy dba o to, żeby wiedzieć, co się dzieje, jakie są produkcje. Jak już się tego dowie, to komunikuje się z castingerkami. Niekiedy jest tak, że castingerki same się zgłaszają i chcą, żeby ktoś przyszedł, czasem nie odbierają telefonu, czasem cię nie widzą. (śmiech) Czasem ktoś się zgłasza bezpośrednio do agentki i zaprasza, reżyser czy producent, do projektu. Na dalszym etapie agent dba o to, żeby wszystko było ok. na przykład z umową itp., itd. Nie jest w każdym razie tak, że chodzi od drzwi do drzwi i ma mnie w ofercie i próbuje sprzedać. To jest w Polsce w dalszym ciągu dość nieunormowany system, ale może to się kiedyś zmieni. Agent PR-owy natomiast dba o to, żebym była obecna w mediach, i  udzielała wywiadów na temat projektów, które realizuje.

Zapytałam o to, bo jestem ciekawa, na ile agent PR-owy reprezentuje Ciebie z Twoimi rzeczywistymi potrzebami, a na ile wkłada w to swoje potrzeby i wyobrażenia.

Tu porozumienie jest bardzo ważne. Wszystko jest przegadane i ustalone. Ja artykułuję swoją potrzebę, bo to ja mam się potem dobrze czuć z tym, w co weszłam, gdzie poszłam, co zrobiłam. Nigdy byśmy z moją agentką nie zrobiły nic wbrew sobie. To jest praca zespołowa, a przy tym ogromne zaufanie.

W przestrzeni marzenia i głowy możesz sobie planować, w przestrzeni rzeczywistości niekoniecznie. Choć ciekawe jest, że jeśli w tej przestrzeni marzenia masz pewne rzeczy poukładane, to one zaczynają się wydarzać.

Skoro mówisz już o pracy zespołowej, nasuwa mi się pytanie dotyczące aktorskiego ego na planie filmowym, czy w teatrze. Aktorstwo to praca, która wymaga zgaszenia siebie i własnego ego na rzecz osiągnięcia jakiegoś wspólnego efektu.

Szczerze mówiąc nie mam takich wspomnień, żeby ktoś się jakoś szczególnie wychylał na planie. (śmiech) Oczywiście, każdy z nas pracuje na siebie, kreując postać, czy to na scenie teatru, czy w filmie, chce to zrobić jak najlepiej, więc czasem próbuje jak najwięcej zagarnąć dla siebie z tej przestrzeni. Jednak mimo wszystko ja spotkałam się na planie raczej z partnerami nie egocentrykami. Może to też kwestia tego, że przez lata tańczyłam w zespole ludowym, wcześniej grałam w kabarecie, miałam też przez rok doświadczenie z musicalem, jeździłam z zespołem po Niemczech, Austrii i Szwajcarii, byliśmy cały czas razem, więc bycie z grupie mam mocno zakorzenione i nie miałam z tym nigdy problemu. Podsumowując, plan filmowy czy teatralny to faktycznie praca zespołu, ale składającego się z mocnych osobowości.

Najbliższy projekt, w którym Cię zobaczymy, to „Banksterzy”, poruszający ważki dla Polaków temat…

Tak, kredytów we frankach. To pierwszy film, który będzie opowiadać o tej aferze finansowej. Myślę, że banki nas nie polubią przez ten film. (śmiech) Z drugiej strony to film o namiętnościach, o ludziach, którzy znaleźli się w systemie, w którym rządzi pieniądz, mamona, która w pewnym momencie wymyka się spod kontroli. Myślę, że to uniwersalny, trochę moralizatorski obraz, który dotknie czułych punktów Polaków.

Katarzyna Zawadzka, fot. Bartosz Maciejewski

Myślisz, że zabieranie przez artystów głosu w sprawach społecznych ma sens?

Podam ci konkretny przykład. Jakiś czas temu, w związku z tym, że martwi mnie sytuacja naszej planety i to w jakim kierunku zmierza nasz świat, zaangażowałam się w ruch, który poniekąd sama stworzyłam. Staram się każdego dnia robić coś dobrego dla planety: zaczęłam m. in. sadzić drzewa bardziej bądź mniej legalnie w przestrzeni miejskiej. Kiedy widzę, że płonie Australia i włącza mi się świadomość, że za dziesięć lat najprawdopodobniej nasza planeta zostanie pozbawiona wody, taka perspektywa życia, czy raczej nieżycia mnie przeraża. W związku z tym na swoim Instagramie wrzuciłam post o tym, co myślę, co czuję w związku z tym, co widzę i kilka punktów, w których opisałam, co według mnie możemy zrobić, żeby pomóc Ziemi. Kilka osób to skomentowało, a wśród nich dziewczyna, która napisała, że gdyby takie osoby jak ja choćby na tym Instagramie czy na FB zamiast swoich zdjęć z siłowni czy swoich tyłków, zechciały pokazywać, co zrobiły dziś dla planety: dziś posegregowałam śmieci, przejechałam się na rowerze do pracy, to to dawanie sygnałów przyniosłoby efekt. To na ludzi działa, bo oni nas obserwują. Myślę, że to jest siła rozpoznawalności. Takimi gestami ci znani i lubiani mogą zabierać głos w sprawach społecznych czy politycznych, ważnych, globalnych. To jest ważny głos.

Czym żyje Polska i Świat dowiesz się z najnowszej

Oglądaj BiznesInfo.tv

Inspirujące historie poznasz w i

Poprzedni artykułPrzy wspólnym stole
Następny artykułScena to mój azyl